Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Huna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2011

Huna a pieniadze

Chyba dojrzałem już wystarczająco, by zająć się tym tematem i wskazać esencję tego, co zadziała. Ponieważ zagadnienie jest popularne (a więc na tekst ten wpadną nie tylko polskie ka-hunki:) ), w skrócie przypomnę czym jest huna.
W olbrzymim uproszczeniu Huna to wywodząca się z szamanizmu polinezyjskiego filozofia szczęśliwego życia. Huna bazująca na przekonaniu, że zarówno nasze działania jak i odczucia oraz myśli mają wpływ na wydarzenia w naszym życiu – zarówno na sposób ich doświadczania, jak i na kształt przyszłości. Można by ją ująć jako kolejną szkołę „pozytywnego myślenia” ale byłoby to zbytnie spłycenie. W hunie myśli, wierzenia, przekonania oraz co za tym idzie wyobrażenia i uczucia, są narzędziem używanym do kształtowania swoich zachowań (a przez to efektów działań) oraz świata (uznaje się że świat zewnętrzny współgra z wewnętrznym). A skoro świat wewnętrzny jest sprzęgnięty z zewnętrznym, (tak na marginesie: huna zakłada że świat jest z gruntu dobrym miejscem) to naturalnym stanem jest DOBROBYT taki stan w którym stać nas na zaspokojenie potrzeb (dach nad głową, dobre ubranie, dobre jedzenie + dobre rozrywki) inwestowanie (w siebie, swoją przyszłość np. przez naukę) oraz dzielenie się z innymi. Ile pieniędzy i co to „dobre” oznacza dla Ciebie, nie wiem, ale tutaj zajmiemy się tworzeniem takiego stanu, a raczej spróbuje ci podsunąć kilka niecodziennych pomysłów jak to zrobić.

Dobrze, a więc jakie są przyczyny biedy i problemów finansowych? Nie wiem. Poważnie mówię. Huna świetnie się nadaje na filozofię radzenia sobie z problemami, rozwijania aktywnej postawy. Kiepsko natomiast na jedynie słuszny opis całego świata. Powiedzenie, że ludzie są biedni bo źle myślą, ma równy sens jak ludzie nie maja pieniędzy bo gospodarka kiepsko działa albo...że motyle w Chinach źle machają skrzydłami. Uwarunkowań oraz interpretacji siły wpływu tych uwarunkowań jest cała masa, a rozważanie tego w większości nic nie zmienia.
Jednak przyglądając się swojej historii z finansami, pracując z ludźmi w tym temacie ciężko nie zauważyć motywów wspólnych dla tych osób. Oczywiście to co za chwile przeczytasz, to subiektywne, ale...działa, tj rozbrajanie tego przynosi skutki. A jedną z zasad huny można sparafrazować: Jeśli to działa, to jest to huna :) A zatem do dzieła:

Sam myśląc o sprawie nazywam to „korzeniami biedy” lub korzeniem nieszczęść (nie tylko finansowych, ten sam wzór uderza nas w najczulsze miejsca) Dlaczego korzeń - czymś co mocno wrasta, w nas w otoczenie trzymając nas w miejscu, zasilając „statyczność” w dodatku wyrasta na tym całe drzewko „ciężkiej sytuacji” oraz owoce o smaku nieszczęścia i porażki. Choć równie dobrze można by to nazwać siecią: im bardziej się szamoczemy – tym silniej się zaplątujemy i drepczemy w miejscu.
To coś można określić energią, procesem, kompleksem wzorem, duchem jak chcesz. To coś co działa na półświadomej / nieświadomej / energetycznej płaszczyźnie – a rezultatów doświadczasz w postaci namacalnej.
Do rzeczy. Tak najbardziej zewnętrznie można przedstawić te „korzenie biedy” jako połączenie trzech aspektów:

1. Upatrywanie źródeł szczęścia i pomyślności na zewnątrz, w ludziach, zdarzeniach czy ideach, a szczególności lokowanie tam własnej zdolności do zarabiania, przy jednoczesnym narzekaniu, krytykowaniu tego źródła - wywołującym specyficzne poczucie bezsilności. To najbardziej widoczne. To ile zarobisz zależy od boga (tak, nie bez powodu go tu umieszczam), polityki, gospodarki, kursu walut, poziomu bezrobocia, miejsca pracy i miejsca zamieszkania, firmy, pracodawcy (szefa), towaru (usługi/pracy), kolegów i koleżanek z pracy, klientów, żony (męża, dziecka), stanu zdrowia, zaangażowania, atmosfery w pracy, koncentracji etc. To normalne i oczywiste. Tylko jaka jest twoja odpowiedź na pytanie: od czego zależy ile zarabiasz? Oczywiście, od CIEBIE. Ale co jawi ci się jako właściwsza odpowiedź? O którym z tych tematów mówisz najczęściej? Na który narzekasz? a którego używasz jako wymówki? Czy przypadkiem nie przeplatasz w swoim myśleniu – raz uzależniając skutki finansowe z swojej aktywności od któregoś z czynników, a raz na niego narzekając?

Ten aspekt „korzeni biedy” to przesunięcie EMOCJONALNEGO środka „sprawczości” własnej osoby, efektywności działań i odpowiedzialności za nie na zewnątrz – w dodatku w rejon (temat) powiązany (mniej lub bardziej) z zagrożeniem (czymś negatywnym). To można określić mianem utraty pewności siebie, wiary w zdolność zarabiania, ale to pół prawdy to jest, tylko lokowane gdzie indziej.

Z innej strony: To nie chodzi o słowa czy myśli (to tylko jedna z form wyrazu/kształtowania uczuć, odczuć - energii) chodzi o ODCZUWANIE związku pozytywnego związku przyczynowego między swoimi działaniami(wysiłkiem, pracą etc) a ich efektami (zarobkami, tym na co cię stać etc.). Jeśli to masz, to wydaje się oczywiste – i wtedy najczęściej nie zwracamy na to uwagi. Jednak utrata tego poczucia, powoduje stopniowe staczanie się w kierunku bezsilności i nic nierobienia by poprawić ten stan (coraz ciężej robić coraz mniejsze rzeczy) – to innymi mechanizm wyuczonej bezradności. Łatwo to zauważyć patrząc wstecz, najczęściej więcej wywodzi się to z irracjonalnego karania czy nagradzania dziecka przez rodziców – irracjonalne – nie mające związku z zachowaniem (Towarzyszyło ci takie poczucie w dzieciństwie?)

Paradoksalnie odczucie tego, nie zajmuje wiele – o ile wiemy o co chodzi (zawsze jest jakaś aktywność w której dostrzegamy i odczuwamy przyczynę i skutek). To drobna zamiana „szklanki do połowy pustej” na „szklankę do połowy pełną” i czynienie tego, aż stanie się nawykiem.

Jeszcze większy paradoks – ten punkt staje się często „kurkiem spustowym” u osób zaczynających zajmować się huną czy jakąś formą magii, a nawet religii. „Magia”/ Haipule/kreacja wydarzeń działa raz, drugi..a w pewnym momencie bum, krach finansowy czy inne ustrojstwo. (I kolejny powód do straszenia ludzi demonicznym zagrożeniem : ) ). A co się stało? Ktoś metodą doświadczalną przekonał się, że zarobki zależne/finanse są od zewnętrznej siły...i to dopełniło mechanizm, można powiedzieć że "przerwano tamy" i popłynęła nowo otwartą drogą stłumiona energia//rzeka napięć.

2 . Życie cudzym życiem lub anty-życiem. Zamrożony stan wewnętrznego konfliktu. To trudniejsze do zauważenia, ale dość dobrze widoczne w sytuacji.. długów. Już wyjaśniam, chodzi o wewnętrzne poczucie, że życie, nasza postawa są kształtowane przez zewnętrzną siłę(społeczeństwo, religia, rodzic, partner) lub też kształtowanie tegoż w opozycji do czegoś lub kogoś. Mówiąc „cudze życie” mam na myśli utożsamienie się z ODRZUCANĄ jednocześnie ROLĄ (Rodzica, kochanka, dorosłego, dziecka, synka tatusia, córki mamusi,ofiary, kata, szefa, kury domowej, człowieka sukcesu). Poczucie, że taka rola jest nam narzucana przez sytuację, osoby bliskie, społeczeństwo(klasę społeczną). Anty-życie to próba kreacji takiej postawy, roli w sprzeciwie przeciwko komuś lub czemuś. ROLE mają to do siebie, że są..”płytkie”, jednostronne i zawsze w relacji z czymś lub kimś. „płytkie” tzn. przewidywalne, oparte na widocznym motywie(zastanów się: jakim aktywnościom poświęcasz czas). Jednostronność to trzymanie się czarnej lub białej wizji, bieguna bycia bardzo dobrym(najczęściej – lubimy to) lub skrajnie „złym” (też się zdarza). Rola (aktor) zawsze musi mieć widownię(wobec kogo zmieniasz swoje zachowania? Komu opowiadacz co się z tobą dzieje?) i scenę (za co czujesz się odpowiedzialny? Zobowiązany? Praca, dom, partnerstwo, spotkania towarzyskie?). Wewnętrznie rolę przyjmowaną bardzo świadomie graną postrzegasz jako swoją postawę. Za to..kiedy jakąś rolę odrzucasz postrzegasz ją jako STAN (emocjonalny ale nie tylko, psychofizyczny), coś pojawiającego się w tobie, „trzymające cię ” uczucie przez swoją obecność wymuszające twoje zachowania.

Im mocniej to odrzucasz...tym mocniej wpędza cię to w STANY...przygnębienia, gniewu, złości, obojętności depresji czy z drugiej strony przesadnej euforii, beztroski, wyluzowania. Im większą dziedzinę życia jakaś rola obejmuje – tym bardziej ZMNIEJSZA SIĘ LICZBA STANÓW WEWNĘTRZNYCH, które przyjmujesz. Kojarzysz termin „zubożenie życia”?
Z innej strony jest to KUMULACJA ENERGII, napięć, pragnień etc. Tyle, że w zbyt statycznej formie.


3.Rozmyte poczucie niezadowolenia, ale silny „wróg”. Rozmyte poczucie niezadowolenia (coś poczucie winy, rozdrażnienie, „złośliwość”) z życia, zdażeń, siebie etc całkiem normalne w sytuacjach problemowych oraz „wróg” osoba, której poświęcamy dużo czasu, a mamy negatywne, czy mieszane uczucia lub też przeplatamy. Pisze „wróg”, ale osoba obsadzana w tej ROLI - to częściej chodzi o bardzo BLISKIE (emocjonalnie niekoniecznie fizycznie) osoby żonę, męża partnera, kochankę(a), rodziców, rodzeństwo lub takie którym poświęcamy dużo uwagi, czasu a do których mamy emocjonalny stosunek , jakieś ALE.. (Kocham cię, ALE... Lubie cię, ALE... Fajnie mi się z tobą pracuje ALE...). Czasami nawet ALE...jest większe niż pozytywy. Czasami jest o osoba, która spotkana raz czy dwa wyzwoliła silną falę emocji, odświeżaną wspomnieniami i ich interpretacją. Kojarzysz może wiarę ludową w „uroki”, klątwę, czy „złe oko”? To dobry przykład w swojej wyrazistości.

Te trzy aspekty występują ZAWSZE razem, to jeden mechanizm, wzór o wielu splotach: np.: Utrata poczucia wpływu na efekty własnych działań, wpycha cię w płytkie role. Rola Twoja i postaci „wroga” są powiązane, często też uzależniasz swój STAN, samopoczucie i emocje od zachowania tej osoby, co powoduje, że pojawia się jeszcze większa bezsilność w zupełnie innych „klimatach”, czasami „wróg” wprost utwierdza cię w tym poczuciu. Znów – nazywam bliską ci osobę „wrogiem”, nie bez przyczyny . To nie musi być otwarty konflikt, coś postrzega ją w tobie jako „wroga” (przyczyny i okoliczności znasz najpewniej). Wróg uderza w czułe punkty... Z czysto psychologicznego punktu widzenia: to spirala po której wpadasz w poczucie pogłębiające się poczucie frustracji(brak efektów działań), bezsilności (poczucie braku wpływu), gniewu(poczucie zranienia/odrzucenia) i strachu(efekt działań jest niepewny, nie wiadomo nawet jak przetrwać kolejny dzień). Coraz mniej chce się działać...

Patrząc pod kątem działania „magii” w świecie, można metaforycznie powiedzieć:1) Zewnętrzne czynniki, którym poświęcasz uwagę – to ekran. Emocjonalne odczucie utraty wpływu – to kierunek w jakim ustawiasz kamerę i wyświetlasz film. 2) Napięcie związane z twoim stanem wewnętrznym to moc żarówki. Tempo rozładowywania to intensywność światła. Treść filmu – twoja walka z rolą. 3) Poczucie niezadowolenia – to czynnik czyniący film realnym. „wróg” to punkt podparcia, statyw i projektor, a jednocześnie fotel kinowy umożliwiający ci obserwację filmu.

Z obserwacji czasowych: kiedy to dzieje się poprzez 1, (uzupełnia wzór do całości ) to sprawy „powoli się sypią” – to problemy które nawarstwiły się w okresie większym niż 3 miesiące, rok, a nawet kilka lat. Kiedy poprzez 2 to od 3 miesięcy do roku), a kiedy znajdujemy sobie „wroga” dzień – tydzień, dwa (do trzech miesięcy).
Podobnie czasowo rzecz ma się z rozbrajaniem, czyli nie ma tragedii..daje się to zrobić szybko i sprawnie, ale o tym... opowiem w części II., a temat jest jak rzeka więc w dalszych częściach jak ściąć resztę drzewa, porąbać, urządzić piknik z ogniskiem i zasadzić drzewko szczęścia.
Przypominam, że pracujemy z sytuacją irracjonalnego problemu, który odczuwamy jak niewidzialną barierę wokół nas a racjonalne próby przebrnięcia przez to zawodzą z przyczyn zdających się być poza naszym wpływem wewnętrznych(brak sił do starań, kiedy już zaczynamy się wydobywać) lub zewnętrznych („opór materii” wciąż nawracające sytuacje, że „o mały włos” a by się udało, ale...nie udało się). Przyznaję, że pomoc przyjaciela a czasami psychologa czy psychoterapeuty byłaby jak najbardziej wskazana i zachęcałbym cię do tego. Przy czym najczęściej kiedy chodzi o kwestie finansowe.. nie stać na taką pomoc w rozsądnym wydaniu (troszkę złudzenie: spora część terapeutów jakich znam pracuje również z ludźmi, których nie stać w danym momencie na zapłacenie). Ale nie mieliśmy tutaj, w tym artykule szukać zewnętrznych podpórek, tylko wziąć się za to co możemy zrobić sami Sposób postępowania będzie trochę niekonwencjonalny, ale skuteczny.

Nie zakładam przy tym jakiś specjalnych długotrwałych ćwiczeń – w takich warunkach, to z reguły nie wychodzi - znajdujemy sobie całe mnóstwo wymówek. Więc brak tego trzeba będzie nadrobić refleksją, samodzielnym myśleniem i „sprytem” w podejściu do sprawy. Skończyliśmy na tym, że korzeń problemu składa się z trzech aspektów: a) przekonania, poczucia bezsilności w dziedzinie zarabiania i efektywności naszych działań w tym względzie b) napięcia wewnętrznego wybudowanego na podłożu swojej roli w relacji c) niejasnego poczucia niezadowolenia w życiu oraz „wroga”- bliskiej fizycznej, materialnej osoby na której zaczepiona jest nasza psychiczna i duchowa energia, aktywność psychiczna. Nie szukamy jedynie słusznego rozwiązania – raczej sposobu „nakłucia balonika” i przekierowania energii w nową jakość.

Zacznijmy od postaci „wroga” . To najsilniej i najszybciej oddziałujący element. Najczęściej nie jest to „wróg” dosłowny tylko część nas i to jak gdyby wbrew nam tak uważa: Rodzice, Partner. Oczywiście, czasami „wróg” jest dosłowny wykorzystujący szef, podkładający świnie kolega etc. Chodzi o osobę, której poświęcamy najwięcej czasu w myślach czy przebywaniu z nią. Zastanów się:
1. Przy kim najbardziej i najczęściej zmieniasz swoje zachowanie?
2. Do kogo masz największe żale, największe ALE..?
3. W związku z kim pojawiło się jakieś emocjonujące wydażenie po którym „zaczeło się sypać”?
Tymczasem rozwiązanie: Przełam się i z pełnym zaangażowaniem zrób w relacji z tą osobą coś niezwykłego. Najlepiej pozytywnego w twojej ocenie, czy ogólnie, ale też niekoniecznie.. przełamanie swojego stereotypu myślenia o konsekwencjach) też się liczy. To może być: Dzika kłótnia, jeśli zazwyczaj jesteś ustępliwy. Milczenie w obecności kogoś, jeśli jesteś gadatliwy. Opowiadanie kawałów, jeśli jesteś poważny i zazwyczaj tego nie robisz. Fantastyczny wieczór, podczas cichych dni z partnerem. Zasypanie kogoś telefonami, gdy z wyboru jesteście w dużej odległości. Specjalne spotkanie z rodzicami w którym traktujesz ich cały czas jak dzieci. Kupienie kwiatów i prezentów dla tegoż kolegi z pracy. Zaplanowanie przebiegu serii spotkań z kalendarzem jeśli jesteś spontanicznie roztrzepany Etc. Chodzi o intensywną emocjonalnie krótkotrwałą zmianę zachowania, odczuwania i przekonań względem tej osoby. Czyli zrobienie tego z pełnym zaangażowaniem, całym sobą a jednocześnie wbrew sobie wbrew granicom, które zwyczajowo ustalamy. Sam musisz ustalić to działanie: na co nie mógłbyś sobie zezwolić w obecnej sytuacji? Wybrać to co uważasz za najniezwyklejsze i „w miarę” bezpieczne. I zrobić to z PASJĄ i jednoznacznym założeniem, że rezultaty będą pomyślne, niezależnie od tego, co by się chwilowo zdawało. To trudne, wiem ale nikt nie mówił że będzie łatwo. Być może trzeba będzie to zrobić 2-3 razy, różne rzeczy zanim się uda Ale jeśli zrobisz to w ten sposób to zniknie uczucie niezadowolenia (przynajmniej chwilowo), a „czar” zamykający sytuację pryśnie. To działanie to impuls przekłuwający „balon energetyczny”, zamknięty krąg twoich działań. Jeśli chodzi o intensywniejsze działania mają one o też tę zaletę, że w potrafią zniwelować poczucie bezsilności.

Jeśli nie potrafisz się przełamać w działaniu ( z dowolnej przyczyny )spróbujmy chociaż wizualizacji. Skoro w wyobraźni możemy sobie pozwolić na więcej wykorzystajmy ją do „puszczenia energii tam gdzie chcemy”.
Wyobrażenie może być następujące: duża i uśmiechnięta postać tej osoby tuż przed tobą, ty mówisz „Jestem ci, głęboko wdzięczny, za to. że dzięki tobie wszystko idzie gładko, zarabiam x..znajduję lepszą pracę” i podarowanie kwiatów czy uśmiechnięcie się do niej.
I znowuż , nie chodzi o podleganie jakiejś teorii (że ktoś jest sprawcą czegoś ), ale o chwilowe przełamanie wzoru postrzegania/myślenia/funkcjonowania psychicznej energii, by dać impuls do zmiany swemu wnętrzu. Użyj takiego wyobrażenia (i dialogu), które przemówi do ciebie tworząc odczucie, że to dzięki tej osobie i właśnie w tej chwili rozwiązują się twoje problemy. Nie liczy się dokładność wyobrażeń (możesz posłużyć się zdjęciem czy innym przedmiotem), ale o głębokie uczucie, że tak jest, dostrzeżenie tego uczucia i wręcz porozkoszowanie się nim. Czy to się uda w jednej sesji czy w kilku, czy kilkunastu – nie wiem, to zależy od twojego zaangażowania i kreatywności. Jeśli kiepsko z tym wyczuciem, spróbuj przeznaczyć na to kilka dni wyobrażając to kilkadziesiąt czy kilkaset razy, od czasu do czasu w trakcie jednego oddechu.


Rozładowywanie napięcia (Rolą w relacji - składowymi tego napięcia zajmiemy się za chwilę). Wszyscy na to mamy własne sposoby, własne miejsca i czynności dzięki którym dystansujemy się i odzyskujemy siły . Niestety kiedy pojawiają się wielkie kłopoty, lub te małe w nas bardzo wrosły nie dość, że nie wystarczają one, ale niejednokrotnie pogarszają sytuację – zabieramy te sprawy tam gdzie nie powinny się znaleźć, zamykając się w klatce a często jeszcze mając wrażenie, że cały świat wali w pręty i ściany tego więzienia. Ten proces ma prostą przyczynę: nasz mózg działa jak komputer odświeżający swoje stany wg bodźców. Jeśli wdrukujemy(zakotwiczymy językiem NLP mówiąc) naszą postawę, schemat myślenia w te ulubione czynności (widok miejsca) poprzez oddawanie się myśleniu o nich, odczuwanie ich w tym momencie – zostają zapamiętane i mamy wrażenie, że te problemy są aż tak wielkie, że dosięgają tam gdzie nie było do tej pory na nie miejsca. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: jest dobry sposób na korzystanie z tego mechanizmu: Zmiana bodźców. Chodzi o łatwe i podstawowe rzeczy (inne dźwięki, obrazy, ruchy). znów sam musisz zdecydować: do czego jesteś przyzwyczajony, co najczęściej cię otacza i jakie zmiany wprowadzić: Wysprzątaj mieszkanie, przeprowadź drobny remont (odmaluj ściany, opróżnij szafy), zawieś na ścianie pocztówkę z wakacji (najlepiej codziennie inną), zacznij chodzić na spacery jeśli jesteś domatorem, stawiaj większe kroki, zmień tematy rozmów ze znajomymi, zamiast telewizji czytaj gazety czy na odwrót, wypożycz czy kup jakiś film odbiegający od tego, co znasz i oglądaj go codziennie (to samo z książką), chodź do pracy różnymi trasami, zapisz się na kurs językowy. Dieta i czynności, które podejmujemy też są bodźcami zmieniającymi stan ciała. Dla leniwych myślę, że optymalnie byłoby spędzać 2 godziny dziennie w odmiennnych warunkach od tego co znamy oraz w inny niż nawykowy sposób. Ten czas to nie przypadek, co ok. 90 min nasze ciało wchodzi w odmienny stan – przestrajając się na inny rodzaj funkcjonowania. W ciągu dwóch godzin mamy szansę, by wystąpiło to przynajmniej raz.
Jaki jest w tym sens w takich zmianach? Otóż nasze ciało (oraz umysł) ma swoje mechanizmy autoregulacji, a kiedy bodźce na nie wpływające zmieniają się – zaczyna ono porzucać dotychczasowe stany(czyli napięcie) zastępując je przyjemniejszymi i bardziej dopasowanymi do sytuacji . Z prostej przyczyny: jeśli nasz stan wewnętrzny zmienia się – inaczej myślimy oraz inaczej zachowujemy się a więc zmieniają się rezultaty naszych działań. Dodatkowo np. z perspektywy huny można powiedzieć, że „energia zdarzeń” właśnie dziejących się i tych które mają się wydarzyć jest zaczepiona w naszym ciele wręcz fizjologicznie (na zasadzie w jakiej przeszłe wydarzenia powiązane są poprzez wspomnienia i odtwarzane przy tym wspominaniu stany)

Wizualizacyjnym odpowiednikiem tego jest „wędrówka szamańska” – podróżowanie poprzez wizje, lub wkraczanie w wizualizację lub sny iangażowanie ciągłe ich przekształcanie. W świecie wewnętrznym możesz robić cokolwiek: przewędrować cały świat, pozmieniać krajobrazy włącznie z kolorem nieba i ziemi, ludzi zamieniać w zwierzęta i na odwrót. Liczy się tylko zaangażowanie w zmianę.


Zacząć żyć po swojemu. Najpierw mały psychologiczny truizm: W rolach wytyczanych nam przez relacje grzęźniemy głównie dlatego, że się przed nimi bronimy (aż po wyznaczenie sobie ANTY-roli opierającej się na sprzeciwie). Droga wyjścia jest prosta: uznać ją, pobyć w niej przez chwilę odkrywając ich pozytywną stronę i swoje wartości i wyjść w swoją stronę. Oh, brzmi strasznie. Tym bardziej, że nie ma jedynie słusznego sposobu na zrobienie tego. Tu potrzeba zarówno przyjrzenia się temu co się robi, czego unika i przemyśleniu tego, włącznie z tym co nas jeszcze nie spotkało (co takiego konstruktywnego jest w tej niewygodnej sytuacji? Jaką lekcję z tego mogę wynieść? Co ona zawiera takiego co chciałbym? Co stanie się później?) oraz PRZEŻYĆ to wewnętrznie – znów po to by dać impuls zmianom. Może dla przykładu: jeśli z samoobserwacji wynika mi, że np. poprzez wchodzenie w konflikt unikam partnerstwa – to rozwijam wątek i zaczynam fantazjować nt bycia ojcem dużej rodziny. Jeśli w kontakcie z rodzicami złoszczę się, że traktują mnie jak dziecko – to zaczynam fantazje pt idealne dzieciństwo i przytulanie się do nich. Jeśli czuję się skrzywdzony to „pozytywnym” jest potencjalne zadośćuczynienie czy zemsta(poczucie własnej siły w odwecie) to wyobrażać sobie będę otrzymywanie prezentów lub fantazjować nt bycia supermenem. I znów – to wymyślone przykłady to co się dzieje chyba nigdy nie jest ani oczywiste, ani nie musi być interpretowane w ten sposób (karkołomne i zupełnie odleciane również wchodzą w grę). I nie chodzi o wizualizację – tylko o ODCZUCIE ŁĄCZNOŚCI z dobrem w tym co się dzieje, wydarzyło się lub mogłoby się wydarzyć. To „karmienie duszy” poprzez trawienie zdarzeń-przyswajanie ich pozytywnej energii. Za to obserwacja i zastanawianie się (rzadko spotykana czynność zwana myśleniem :( ) – autorefleksja to podstawa higieny psychicznej i kontaktu z rzeczywistością a zatem i skutecznego działania.

Przezwyciężyć bezradność. To ostatni czynnik – najbardziej ograniczający, bo bezradność wyuczona to silne uwarunkowanie. Ale nie jest źle. Nie musimy wszystkiego robić od razu, wystarczy (AŻ!) sprawić by sytuacja nam pomogła (pojawiła się jakaś sprzyjająca lub wykorzystać istniejącą). Za to impuls „psychoenergetycznej zmiany” w tej dziedzinie idzie najłatwiej: Opowiedz historię rozwoju problemu i potencjalnego rozwiązania z pozycji sprawcy, odpowiedzialnego (Ale nie winnego ). I to nie przejmując się REALIAMI: czy to było związane z tobą czy nie. „Sprawiłem spadek cen ropy na giełdzie” i „Pogoniłem wszystkich klientów” „Sprowokowałem swoje zwolnienie, by móc leniuchować”. Nie obwiniaj - baw się tym opowiadaniem, kreatywnie – dbając o odczucie SKUTECZNOŚĆI, SPRAWSTWA, wizji tego co się działo jako swojej KREACJI. Nie zatrzymuj się na chwili obecnej, ale idź w przyszłość. I poświęć na to chwilę czasu (ile czasu spędzasz na bezowocnym szukaniu rozwiązań czy myśleniu o swoim problemie?). Niech to będzie 10 min, pół godziny. Ponieważ ciężko znaleźć słuchacza – przemawiaj do siebie lub ... napisz kilkudziesięciozdaniowy list i odczytaj go 2-3 razy.

Metodą pomocniczą tu może być „Odgrywanie reżysera”: Zwracanie uwagi na rzeczy, sytuacje i zachowania ludzi i wewnętrzne nakazywanie im by właśnie tak się działo: „Niech ściany podtrzymują sufit, a niebo będzie niebieskie”...Takie ćwiczonko praktykowane przez chwilę wzmacnia wewnętrzny autorytet na tyle żeby z łatwością przezwyciężyć uczucie bezsilności.

To wszystko. Oprócz zmiany bodźców (co warto robić aż do rozwiązania sytuacji) całość tego to kilka rzeczy, które jesteś w stanie wykonać w ciągu tygodnia, ba..w ciągu kilku godzin, a nawet godziny. Możesz to robić częściej, jeśli chcesz czy czujesz, że potrzebujesz. Nie czas się liczy i nie ilość tylko jakość – zmiana emocji w trakcie, co pozwala wychwycenie oraz wewnętrzne uznanie „nowej jakości” jaka się po tych aktywnościach pojawia. To może przynieść wręcz natychmiastowe rezultaty w połączeniu z wznowieniem racjonalnych wysiłków rozwiązania sytuacji typu:nabywaniem umiejętności, zmiana sposobu zachowywania się w pracy, wyrażenie chęci podwyżki, zmiany pracy, wysyłania ofert, ogłaszania promocji czy innych znanych ci środków, mogących pomóc, a leżących w twoim zasięgu.

Na korzeniach nieszczęść niestety szybko wyrasta całe drzewko. Pod naporem sytuacji i presją własnych oczekiwań część naszego umysłu (i ciała najczęściej też) sztywnieje. Problemy stają się realnością, za to nasze zdolności radzenia sobie z nimi gdzieś się ulatniają. Nie dość, że wokół nas rozpostarła się „bariera nieskuteczności” i szamoczemy się z czymś niewidzialnym, to jeszcze za nami pojawił się pień „życia w biedzie” „mentalności żebraczej” do którego coraz bardziej się przywiązujemy z każdym ruchem, tworzący błędne koło wokół którego krążymy nie dotykając nawet bariery naszych możliwości. Najgorsze, że wyrasta to na naszych naturalnych reakcjach – stąd potrzebny jest dodatkowy wysiłek by się temu przeciwstawić. Do roboty:

Jako pierwsza pojawia się strategia „łatania dziur” budżetowych i emocjonalnych. Odruch myślenia „jak związać koniec z końcem” i przetrwać do przysłowiowego pierwszego jest naturalny i szeroko rozpowszechniony. Jego podstępność polega na ograbianiu nas ze zdolności podejmowania ryzyka w działaniach zmierzających do zmiany naszej sytuacji oraz stopniowym ograbianiu z zasobów (czas, siły, zdolności). Im dłużej coś pozwala nam przetrwać, tym mocniej się tego chwytamy. Tymczasem nasza zdolność zarabiania zależy od gotowości do zmian i podejmowania ryzyka w inwestowaniu zasobów . Różne „psychologie sukcesu” i sztuczki z kursów prosperity działają na tyle na ile uda się im pobudzić w nas tą zdolność. Wniosek z tego jest prosty: a)sporządź listę swoich umiejętności, zasobów które możesz zainwestować. I dbaj o nie np. dokształcaj się lub ćwicz, pozostawaj w kontaktach z ludźmi posiadającymi te umiejętności. b) sporządź listę zmian, których jesteś gotów się podjąć, różnorodnych wizji KOMPLETNYCH rozwiązań i przygotowuj się do nich najlepiej jak potrafisz (na przykład odgrywaniem ról, zapisywaniem scenariuszy czy wizualizacją i wyobrażaniem sobie swojego działania)
Strategia „łatania dziur” w sytuacjach problemowych tyczy się zresztą nie tylko pieniędzy, pracy i zarabiania, ale ogarnia wszystkie dziedziny życia związki z najbliższymi i znajomymi, stosunek do siebie, zainteresowania, zdrowie. Zaczynasz się interesować – kiedy to się rozpada. Tymczasem masz tu wystarczające pole do tego by „tą resztę –mniej istotne sprawy” uczynić źródłem swojej siły – one są takimi, ale kiedy jesteś zajęty „łataniem dziur” stopniowo tracisz z oczu to, co masz, tracisz swoje BOGACTWO i tym samym umiejętność korzystania z niego i wytwarzania innego(np. w formie finansów).

Równolegle z „łataniem dziur” objawia się strategia „ciułania”. Ciągle starasz się odłożyć na coś, zaoszczędzić etc. Czasami się udaje – ale najczęściej nie! I tak wydajesz pieniądze na pojawiające się coraz ważniejsze sprawy, które dziwnym trafem PRZYDARZAJĄ się tuż przed momentem dotarcia do celu (zakupu, wydatku, na który odkładałeś). Po czym ponieważ cel był ważny, to kupujesz to z nowozarobionych pieniędzy powiększając dziurę (lub jeśli jednorazowo cię na taki wydatek nie stać – trawisz porażkę). Odkładanie na później i zbieranie na coś ważnego paradoksalnie powiększa twój deficyt. Oczywiście – daje się to zrobić, sporo ludzi tak robi i to się udaje..czasem nawet trzeba. Strategia ta jednak powoli wytwarza w nas niezdolność do nagradzania się – odmawianie sobie choćby drobnych nagród za wykonanie czegoś stopniowo podcina motywację. Dodatkowo w sytuacjach problemowych i kiedy nie udaje się odłożenie i spożytkowanie kwoty na oznaczony cel – zazwyczaj fiksujemy uwagę na tym - rośnie frustracja, poczucie bezsilności, niedostatku, a także często pojawia mniej lub bardziej świadoma chęć ukarania siebie czy osób w otoczeniu(do czego to może doprowadzić myślę, że jesteś w stanie się domyśleć). By przebrnąć przez ciułanie (nawyki i postawę wytwarzaną przez to podejścia) potrzebny jest nacisk na a) myślenie zadaniowe. nagradzanie się za wykonane zadania (i ignorowanie porażek – karanie siebie nie działa tj. działa na krótką chwilę, po czym sprawy idą gorzej). Małymi kroczkami wyznaczanie sobie drobnych zadań(ot nagroda za wstanie z łóżka czy załatwienie spraw na poczcie) i dawanie sobie drobnych przyjemności. B)okazyjne nagradzanie się bez żadnego powodu, za sam fakt istnienia. Same zadania nie muszą być związane z finansami – liczy się wzmacnianie poczucia zdolności osiągania swoich celów. Tak samo nagrody mogą być drobne i niefinansowe (chwila relaksu,telefon do znajomych), ba...wyobrażone (wakacje w baśniowej krainie). Mnóstwo rzeczy robimy dobrze i sprawnie – ale jakoś zapominamy o nagradzaniu siebie za to i budowaniu poczucia szczęścia w życiu. Jedna z parafraz zasad huny: im bardziej jesteśmy szczęśliwi z tym co jest – tym łatwiej zmienić to w coś jeszcze lepszego. Przemyśl to.

Tymczasem poczucie niezadowolenia powoli i systematycznie wytwarza w nas postawę roszczeniową. Chcemy by coś się zmieniło, by ktoś wpłynął na to co się dzieje, pomógł, by się zmieniło prawo, gospodarka, ekonomia świat wokół nas, bóg los przeznaczenie etc. CHCENIE w oderwaniu od tego co robimy i poczucie NALEŻNOŚCI (należy się nam) wbrew temu co sami w stosunku do siebie czujemy. I choć postawa roszczeniowa to nasz kokon ułatwiający przetrwanie, to jednocześnie SPYCHA nas w kierunku autosabotażu i działań zastępczych: Skoro należy mi się więcej za moją pracę – to będę robił mniej. Skoro oni powinni mi pomóc – to ja pójdę sobie na piwo. Skoro oni powinni mi dać – to ja sobie wezmę etc. Często owocuje to innymi działaniami: altruistycznym angażowaniem się, pracoholizmem w nadziei, że dostaniemy to co się nam należy, jeśli tylko to ktoś zauważy. Bycie ofiarą, poświęcanie się dla czegoś lub kogoś – to często ukryta postawa roszczeniowa. W ogólności postawa roszczeniowa w połączeniu z mechanizmem(a może potrzebą?) zachowywania równowagi w dawaniu i braniu w relacjach - wpycha nas w konflikt z nami samymi(jednocześnie czujemy się bezsilni i źle a uważamy, że nam coś się należy), ludźmi i światem (domagamy się zmian zewnętrznych przegapiając to co moglibyśmy sami zrobić). Powiało grozą? I słusznie, bo to niewidzialny mur agresji, krytyki i złości, którym sami odgradzamy się od zewnętrza. Dodatkowo część postulatów wydaje się być słuszna (jak jest naprawdę – nie wiem) i nie ma jedynie słusznej metody poradzenia sobie z tym: wąską granicę między roszczeniem a uzasadnionym oczekiwaniem wyznacza nasza samoświadomość w relacjach: z sobą z ludźmi i światem oraz zdolności komunikowania się w tejże relacji .

Tu pojawia się motyw psychologicznej pracy nad sobą oraz „wdrukowywania” sobie pozytywnej wizji świata – świadomość możemy zyskać wyłącznie poprzez taką wizję. Jeśli uważamy coś, za złe, nieważne, etc – odruchowo będziemy unikać kontaktu. Jednym z szybszych sposobów rozwoju i wdrukowywania takiej wizji (oraz łagodzenia wewnętrznego napięcia związanego z krytyką) jest BŁOGOSŁAWIENIE dobra w tym co jest, zdarzyło się lub może zdarzyć (patrz: broszurka Duch Aloha" Serge’ Kahili Kinga .) Oczywiście pod warunkiem, że robisz to stopniowo, z wyczuciem i w zgodzie z sobą – inaczej to będzie gwóźdź do trumny twojej zdolności bycia w łączności z tym światem, - tak samo, jak i większość pozycji „pozytywnego myślenia” do których podchodzi się jako do obiektywnej jedynej słusznej prawdy z pozycji negatywnego odczuwania siebie i świata- to tylko(AŻ!) narzędzie. Zajmijmy się tym skutkami „postawy roszczeniowej”: utratą łączności z samym sobą, ludźmi i światem.

Skoro konsekwentnie myśląc o zarabianiu przenosimy uwagę na zewnątrz, to stopniowo tracimy poczucie dla czego to robimy (pracujemy), co chcemy przez to osiągnąć, co nam to daje etc. Drogą powrotu jest oczywiście samoobserwacja, odczuwanie siebie i analiza tego co spostrzegamy. Droga konstruktywnego egoizmu – koncentrowania się na sobie poto byśmy mogli coś wnieść do otoczenia i swojego świata. To chyba oczywiste, a zatem zajmijmy się „poczuciem łączności z ludźmi”.

To znacznie ciekawsze ( więcej o tym w kolejnej części). Jesteśmy zwierzętami stadnymi i mamy podobne uwarunkowania. Jeśli czujemy się odłączeni od stada, co mieści się w subiektywnym przedziale od głębokiego poczucia osamotnienia po lekką dezaprobatę dla ludzi wokół nas i objawia częściowym(zawężonym do jakiejś grupy) lub całkowitym brakiem kontaktów to a) siada nasz system immunologiczny i psychologiczny (zwierzę chore odłącza się od stada i wystawia się drapieżnikom, tudzież pada w samotności...) b) zmienia się zakres komunikatów wysyłanych innym osobnikom (feromony, mowa ciała), wręcz w skrajnych przypadkach jest to smród(nie mówię o braku higieny, raczej „bieda śmierdzi”) i mowa ciała typu „kopnij mnie i tak nic nie czuje”. Możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, ale jeśli dbasz o higienę(:)) a czujesz się wyizolowany i zetknęłeś się z irracjonalnymi reakcjami („nie wiem, dla czego ale Pan/Pani tu jakoś nie pasuje”) lub w ramach jakiejś zmiany w kontaktach ze znajomymi czujesz ze coś z tobą nie tak (osłabiony, częściej chorujesz) to spróbuj skorzystać z dobrodziejstw komunikacji miejskiej: pozostając w stanie czujności umysłowej, oddychaj głębiej(wdychaj zapachy), przyjmij zrelaksowaną postawę(tak, żeby czuć się dobrze) przyglądaj się twarzom ludzi – dłużej niż zwykle utrzymuj kontakt wzrokowy (uwaga – to sygnał agresji, pamiętaj o tym). Tak gdzieś przez pół – półtorej godziny dziennie. Już po jednym razie zauważysz jak zmienia się twoje samopoczucie. Tylko ważne jest połączenie tych czynników – to stymuluje wydzielanie hormonów i reakcje twojego ciała (pewnie jedno z wielu czynników pobudzających ludzi uważających się za „parapsychiczne wampiry” czy energetyczne wampiry), zwykły „trans komunikacyjny” wyłączenie się pod wpływem tłumu(bliskości ciał wielu osób) stymuluje zupełnie inny zespół uwarunkowań. Jeśli czekają cię WAŻNE spotkania o pracę//podwyżkę//rozmowy biznesowe etc spróbuj dwa – trzy dni przed nimi poświęcić trochę czasu na tą „aromatoterapie” feromonami (:)).
Weźmy się za utratę łączności ze światem, dzieje się to zarówno poprzez brak zainteresowania tym co się dzieje wokół na skalę prywatną(odpływanie), wydarzeniami w kraju(media kłamią) czy na świecie (skoro tak daleko to nas nie dotyczy). Tymczasem ciekawość świata, życia to jeden z ważnych czynników naszej motywacji, a patrząc z psychoenergetycznej perspektywy to poczucie łączności ze światem, z otoczeniem jest kanałem naszej energii. Im mocniej to odczuwamy tym częściej doświadczamy synchroniczności np. pomyślnych zbiegów okoliczności kiedy dążymy do wybranego przez siebie celu. Szybka metoda odtwarzania„połączenia” to: głębszy wdech, odczucie całego swojego ciała w jego trakcie, zrelaksowany powolny wydech z koncentracją na zmysłach w trakcie(odczuć ubranie, rozejrzeć się wokół, posłuchać dźwięków etc). Druga sprawa (znów naturalna) to znalezienie stałego dopływu ciekawiących cię informacji z dziedzin powiązanych z tym na czym zarabiasz(np. czasopisma).

Razem z poczuciem oddzielenia „trafia nas” kolejna fala uczuć i odczuć: poczucie winy i wstydu, utraty własnej godności. Znowu stajemy się ofiarą dziwnych mechanizmów naszej psyche: podstawowego błędu atrybucji (pojęcie z psychologii i socjologii) – odruchu przypisywania wad innych cechom ich charakteru, a swoich problemów niekorzystnej sytuacji. Ten błąd kiedy wszystko jest ok. pozwala nam dobrze funkcjonować, natomiast kiedy padamy ofiarą serii porażek – dodaje to oliwy do ognia generując kolejny zbędny konflikt – w końcu sami też jesteśmy w pozycji tych innych. Zaczynamy się wtedy zastanawiać „Dlaczego?” oraz „Co ze mną nie tak?” – te z kolei pytania wycofują nas w przeszłość, odwodząc od naszych celów, planów poprawy sytuacji i motywacji do tego. Koło się zamyka – nasz mózg ma mechanizmy obronne - wspomnienia swoje koloryzujemy dodając dodając do nich elementy pozytywności (nie jest tak źle inni mają gorzej), racjonalności (no co można zrobić w mojej sytuacji? nic) czy metafizyczne (Bóg tak chciał, taka karma, przeznaczenie, los) co powoduje że swoje postępowanie (przypominam: wynikłe z naturalnych, ale niekoniecznie najskuteczniejszych reakcji obronnych) uznajemy za słuszne i trzymamy się go „łatając dziury” i wkładając wysiłek w dziwną ekwilibrystykę(żonglerkę) z swoim życiem, przekonaniami i postępowaniem. W przebrnięciu tego może pomóc ustalenie i trzymanie się swoich celów - oraz ciągłe dostarczanie sobie idei jak to zrobić i że to jest możliwe.

Zobacz ten pień (a może kolejne „błędne koło”) żywcem wyrasta na korzeniach: -Poczucie bezsilności (przekonanie o nim) rozrasta się poprzez uruchamianie zupełnie racjonalnych mechanizmów przetrwania. Ale te same mechanizmy – to automatyzmy – tracimy świadomość i przez to coraz częściej nieświadomie sabotujemy własne działania.
-napięcie wewnętrzne odruchowo chcemy rozładować „wyładowując się” na zewnętrznych obiektach – domagając się od świata zmian a jednocześnie sprzeciwiając się zmianom wewnętrznym – obstawiając na „złą kartę” – nasze odruchy obronne.
-konflikt relacyjny i postać wroga zostaje Przeniesiony na postać i wewnętrzną personifikację świata (czyli na świat) – zaczynamy odbierać wydarzenia wokół nas jak tą osobę.
-„rozmyte poczucie niezadowolenia” koncentruje się na jednej osobie – nas samych.

Oczywiście opis tego pnia jest trochę przerysowany, ale to po to by pokazać lepiej – jak naturalne reakcje z „uzgodnionej”, społecznej rzeczywistości pogłębiają nasze problemy kiedy w nie wpadniemy. Stąd też często droga wyjścia leży w „irracjonalnych” środkach – potraktowaniu kryzysu i błędnych kół reakcji w jakich się zamknęliśmy jako procesu inicjacyjnego . I często właśnie tak jest, że jeśli odważymy się pójść za tym, co usiłuje się wydarzyć , wnikając do wnętrza, odnajdując swoją wizję, swoją „ścieżkę serca” , odnaleźć osobistą wizję i konstruktywnie ukierunkować siłę z niej płynącą – to zewnętrzna sytuacja odpuszcza.
Mam nadzieję, że w tym zamkniętym kręgu odkryłeś podobieństwo do czegoś z zewnątrz – budżetu państwa i spraw socjalnych. I nie bez przyczyny. Grupa, społeczeństwo i twoje relacje – to kolejny wymiar w którym się tworzy taki zamknięty krąg w którym grzęźniesz. Nieświadomie(a może i świadomie) cały czas wysyłasz sygnały o tym jak chcesz być traktowany, gdzie jest twoje miejsce etc i otoczenie reaguje na to. Ale tym jak to się dzieje i jak to zmieniać zajmiemy się następnym razem...

Owocem nieszczęść są odcięcie od przepływu dawania i brania, utknięcie w postawie dominacji lub uległości – co prowadzi i do zwiększonej ilości konfliktów jak i utraty zdolności kształtowania swoich ról i zachowań, w pewnym momencie „zmuszeni” jesteśmy do pójścia z biegiem wydarzeń „obniżających” naszą rangę w relacjach i uniemożliwiającą jej kształtowanie. Przepływ energii „dawanie i branie” w relacjach to ulotny(?) czynnik naszego zadowolenia, satysfakcji oraz sposób wymiany bogactwa w dowolnej postaci, również pieniędzy – to symbol tej wymiany(jeden z wielu) i coś co przychodzi wyłącznie poprzez ludzi i dzięki nim.
Ta część wykładziku o pieniądzach była dla mnie szczególnie ciężka –kiedy bierzemy się za relacje i grupy, bardzo łatwo w tym temacie zboczyć w rozważania „co robią ludzie” zamiast „co możemy zrobić sami” . Ten aspekt jest dla nas najważniejszy, bo ten możemy zmienić.
-równowaga w dawaniu i braniu, w dowolnej relacji: ze sobą, z partnerem, grupami czy światem. Precyzja tego ulotnego czynnika(dzieje się to na poziomie emocjonalnym i myślowym) przypomina doskonałe równanie: wygląda to, jakby każdy element świata wiedział, co się komu należy. Zobacz: Kiedy ktoś nam daje coś – czujemy się zobowiązani zrewanżować i tak samo dając często oczekujemy rewanżu. Jeśli potrafimy zachować równowagi w danej relacji – szukamy sposobów zbilansowania tego gdzie indziej, lub całościowo ogranicza swój bilans. Tymczasem, żeby czuć się dobrze – potrzebujemy lekkiej nierównowagi na rzecz dawania, psychologiczna nadwyżka pozwalająca nam na dłuższe chwile szczęścia(oraz rozwój wewnętrzny) bierze się właśnie z tego. Dhana –szczodrość jest pierwszą z sześciu paramit(doskonałości) w buddyźmie No dobrze: czym jest to dawanie? Zobaczmy Aloha: radosne dzielenie się energią życia. Chodzi o działanie, które sprawia ci przyjemność, jest ważne dla ciebie w jakimś osobistym kontekście i „bezinteresownie” zorientowane na drugą stronę. Branie to przede wszystkim wdzięczna i radosna akceptacja aktywności drugiej strony. Pieniądze to część tego obrotu (symboliczny odpowiednik), zobacz zresztą: handel zawsze polegał na dostarczaniu ludziom towarów i usług, które chcą brać. O „postawie roszczeniowej” – zaburzeniach w dawaniu i braniu już pisałem, pora zadbać o ten swój obrót:

Po pierwsze relacja z nami samymi: znajdź coś, co możesz z łatwością dawać sam sobie i wyrażasz zgodę by to otrzymywać: to może być prawienie sobie komplementów, czas z ulubioną książką, czy relaks w kąpieli. Coś co jest wyraziście: Dla ciebie i od siebie.

Po drugie relacje z innymi ludźmi: Branie: Jaką swoją ulubioną czynność, talent czy coś co sprawia ci przyjemność możesz wykorzystać do dzielenia się tym? Nie mówię o wolontariacie (to jest fajne, jeśli nie sprawia ci problemów), ale o bardziej podstawowej rzeczy: zrobienia czegoś dla bliskich, drobiazgu dla ciebie będącego prezentem dla kogoś. Gdzie nie pozwalasz sobie na branie (komplementy, pozwolenie innym by zrobili coś dla ciebie lub za ciebie)? Jak mógłbyś stworzyć okazję innym do tego?

Podążaj za swoim wyczuciem równowagi, jeśli masz poczucie, że „dajesz od siebie zbyt wiele”/”dostajesz za mało” – stwórz okazję na branie(a nie ograniczaj dawanie)..jeśli masz poczucie, że „dajesz za mało”„dostajesz zbyt dużo” zaangażuj się w dawanie. Jednak tu jest problem techniczny: w kwestii dawania –pamiętaj by nikomu nic nie „wciskać” (wtedy „bierzesz” to dla siebie) oraz, że kiedy dajesz coś – to już nie jest twoje: złoszczenie się na kogoś, że nie przyjął tego co zrobiliśmy tak jak chcieliśmy wpędza w pułapkę „postawa roszczeniowej” równie mocno jak domaganie się by ktoś nam coś dał w określony sposób. Jeśli chcesz COŚ za COŚ, jasno i wyraźnie trzeba się umówić z drugą stroną, JAK to się ma dziać, i czy jesteśmy gotowi dać to COŚ i otrzymać COŚ innego. Uff. Wpadamy w dzikie sidła abstrakcji, lecz to nieuniknione: Rozliczenia ważne dla ciebie dzieją się na poziomie Twoich działań, odczuć, uczuć myśli(przekonań), jak to wygląda KONKRETNIE w twoim przypadku nie wiem – zaufaj w tym względzie swoim odczuciom, myślom, i intuicyjnym spostrzeżeniom – twoje odpowiedzi na pytania „Co dostaję” i co z siebie daję, oraz ewentualne konsultacje z drugą stroną (kiedy to możliwe), będą znacznie precyzyjniejsze – zaufaj im .

Świat, ponieważ rozważając relacje ze światem zbyt łatwo wpaść w metafizyczne koncepcje wiary (dlaczego tu jesteśmy? I co mamy za zadanie?) mam dla ciebie jedną uwagę (dość ważną, więc się powtórzę): ogranicz krytykę i złorzeczenie, w myśli i mowie, zarówno w formie bezpośredniej (narzekania na coś) jak i pośredniej (mówienia, że coś POWINNO być inne, ktoś powinien zachowywać się inaczej, przyjmiesz pieniądze z tylko konkretnego źródła). Tyczy się to dowolnego elementu świata, ciebie również. Wszędzie gdzie tak robisz – ograniczasz swój BILANS, oraz drogi dojścia czegoś dobrego dla ciebie. By zrównoważyć skrytykowanie – znajdź sposób na pobłogosławienie tego co skrytykowałeś lub czegoś innego. I znowuż przypomnę: nie chodzi o stricte o jakieś założenia, że jakiś rodzaj myślenia jest lepszy lub gorszy. Chcemy tylko podtrzymać emocjonalne poczucie łączności z tym co się dzieje w świecie.

Być może potrzeba ci wizualizacyjnego/energetycznego ćwiczenia by „rozruszać swój system” i poszerzyć granice w dawaniu i braniu: Odnośnie siebie: zadaj sobie pytanie: czego chcę? Czego potrzebuję? I daj to sobie: cokolwiek przychodzi ci na myśl zrealizuj to w wizualizacji i wsłuchaj się w swoje odczucia. I znów. Powtarzaj: Pytanie? Skojarzenie, odpowiedź, „danie sobie” „otrzymywanie”. Interpretuj to co się dzieje pozytywnie: jeśli „nic” ci się nie pojawia, to możesz uznać że to „nic” jest odpowiedzią i np. potrzebujesz przestrzeni – a zatem wyobraź sobie i pofantazjuj o dużych przestrzeniach. Jeśli pojawia się coś dziwnego „dziecięcy rowerek” czy „kwiatek” – pozwól sobie na to: wróć do wspomnienia jazdy rowerkiem czy wyobraź sobie wąchanie kwiatka. Cokolwiek ci przyjdzie do głowy – możesz zrealizować w wielkim polu treningowym swojego wnętrza. Nie bój się niczego, nawet rzeczy dziwnych, odlecianych czy „negatywnych”. Wsłuchuj się/ wczuwaj w odczucia jakie masz i zdecydowanie przechodź dalej (kiedy stwierdzisz, że już to poczułeś) dopóki masz ochotę. To ćwiczenie zarówno pomaga w odkrywaniu własnych celów, jak i wyrabia nawyk „dostajemy to co chcemy” oraz to co nam potrzebne.

Odnośnie innych: podobnie zapytaj siebie czego oni chcą? Czego potrzebują a mogę dać? I ofiaruj to wewnętrznie. Zacznij od bliskich, a skończ na osobach nieznanych ci, lub nawet tych nielubianych. Utrzymuj emocjonalne i umysłowe zaangażowanie w tym co robisz. Następnie poświęć chwilę na branie: wsłuchaj się w swoje wnętrze w „biernym” i rozluźnionym stanie „pozwalając sobie” na otrzymywanie.

Chroniczna nierównowaga w dawaniu i braniu sprawia problemy w dowolnej relacji -> wpędza nas w jednostronne Role (w których najczęściej źle się czujemy). Ponieważ lista ról jest prawie nieograniczona(nasze wnętrze bywa kreatywne)Ale rozważmy jeden z aspektów wysyłanie sygnałów pt „dominacja” lub „uległość”. Nie chce przez to powiedzieć, że są te komunikaty i dawanie i branie są ze sobą bezpośrednio związane np. dominacja czy uległość wiąże się z tylko dawaniem lub tylko braniem.

Nierównowaga ta tylko przerysowuje nasze naturalne działania „dominacja” staje się frustracją, rozżaleniem byciem cały czas na krawędzi wybuchu i odreagowywaniem własnych porażek, z kolei „uległość” przerysowana staje się syndromem ofiary, promieniującą bezsilnością i chorobą, której wszyscy starają się unikać. Żeby sprawnie poruszać się w świecie potrzebujemy obu rodzaju tych „sygnałów stadnych” w zdrowych ich aspektach - najlepiej używanych świadomie. „Dominacja” pozwala na przejęcie inicjatywy, czy ustalanie swoich warunków. „Uległość” jest czymś pozwalającym współpracować, czy angażować innych w rozwiązywanie problemów. Znów: nie znam twojego środowiska i warunków – a te „sygnały stadne” zależą od środowiska (temat komunikacji niewerbalnej/mowy ciała ich znaczenia i tym podobnych to temat rzeka). Ale tu jak zwykle twoja intuicja(i myślenie) będzie dobrą wskazówką.

Zastanów się jakie sygnały wysyłasz, jaką postawę reprezentujesz i ćwicz (od czasu do czasu) zachowania przeciwne w rzeczywistości lub poprzez odgrywanie ról czy wyobraźnię(fantazjowanie jakby to było, gdybyś..) np. Jeśli w twoim (to co uważasz u siebie za w) profilu „dominacji” jest określanie „jak być powinno” wyrażanie życzeń czy wręcz gróźb, powolne poruszanie się i używanie rąk do wskazywania palcami to ćwicz przebywanie nieruchomo w grupie i szybkie mówienie kiedy pozwolą ci dojść do głosu oraz „potakiwanie” wszystkiemu i wszystkim. I na odwrót. Ćwicz postawę, sposób myślenia czy mówienia, cokolwiek, co pozwoli ci wytworzyć i uzyskać bardziej świadomy dostęp do innego zestawu sygnałów niż te używane przez ciebie w obecnej sytuacji – to zaś pozwala sprawniej się poruszać w środowisku grupowym .

Komunikaty pt. „Dominacja” i „uległość”, a ich znaczenie i sposób odczytania zależą od szerszego zjawiska – Rangi - jej komunikowania. (Koncepcja rangi pochodzi z Psychologii zorientowanej na proces Arnolda Mindella –ale jej wykorzystanie to czysto moje zdanie i raczej nie ma wiele wspólnego z POPem,- mniej „misiowy” opis tej koncepcji znajdziesz np. w „Siedząc w ogniu”). Rangę można określić jako sumę przywilejów psychologicznych i społecznych jednostki (oraz jej praw) – pozycję w hierarchii stadnej (ale nie tylko) wynikłe z grupowego określania tego, co WAŻNE w danym kontekście. Zobacz: czym innego jest komunikat „dominacji” ze strony dziecka(niska ranga) a osoby na której pomocy ci zależy(wysoka ranga). Ta dość koncepcja dobrze oddaje społeczny wymiar hawajskiej teorii MANY. Osoba z wyższą rangą – obdarzona jest większą mocą kształtowania rzeczywistości. Ranga (moc) hipnotyzuje – tworzy subiektywną rzeczywistość, która wciąga ludzi kiedy chcą w niej uczestniczyć lub odpycha a nawet skłania do walki, kiedy ta rzeczywistość jest zbyt odległa(wroga?) od rzeczywistości innych. Tylko (już bardziej hunowaty punkt widzenia) – moc płynie z wnętrza, obdarzamy się nią wzajemnie. Zawsze istnieje odwrotny kontekst w którym ta strona „słabsza” jest obdarzona większą siłą: ofiara ma moc prowokowania sprawcy, chory otoczenia by nim się opiekowało, osoba „niezrównoważona” emocjonalnie – „przerażania innych” i skłaniania do nietolerancji lub jej wymuszania. Dla lepszego zobrazowania: Żebrak obdarzony „niższą rangą” społeczną, w kontekście ważnych społecznie idei pomagania, dobroci, dzielenia się z innymi ma moc zahipnotyzowania ciebie do podarowania mu kilku złotych.
Pracownik obdarzony „niższą rangą” niż pracodawca ma moc w kontekście prawa(przejaw siły grupy) domagania się wypłaty. Dłużnik ma moc uzależniania wierzycieli od swoich zachowań. Etc.

Tu drobne założenie: pieniądze dostajesz za wysoką rangę swoją (a przez to swoich towarów czy usług). Metaforycznie: Jedna forma energii przechodzi w drugą. A zatem: Ćwicz się w odnajdywaniu kontekstu w którym posiadasz wysoką rangę i świadomym używaniu tej siły: tworzeniu takiego świata w jakim obydwie strony będą chciały uczestniczyć. Jak to robić? To znów twoje wyzwanie (nikt nie mówił, że będzie łatwo).
To może być używanie swojej siły spokoju do stworzenia odpowiedniej atmosfery w pracy czy autorytetu „profesjonalisty” by podzielić się z innymi swoją wiedzą.

Drugi aspekt to korzystanie z tego (i z przywilejów) jakie się wiążą z Twoją sytuacją. Jeśli szukasz pracy – to masz czas na spędzanie go z rodziną, spacery etc. Jeśli pracujesz dla siebie to masz większą możliwość korzystania z nauki i sprawiania sobie przyjemności. Jeśli zarabiasz dla rodziny – zasięg wspólnych działań jest większy. Itd.
Tu koło się zamyka. W obrębie „wyższej rangi” dajesz i bierzesz więcej – ma to większe znaczenie. Masz większy obrót i większy potencjał ruchu w relacjach. Znów stare powiedzonko: Biedni biednieją, a bogaci się bogacą. Radykalny przykład: kilka lat temu „zawodowe żebranie” potrafiło w wybranych punktach przynieść spory dochód (z wyliczenia ok. 5000 zł) osoby obsadzające takie stanowiska wręcz dojeżdżały taksówkami. (Oczywiście może to być miejski mit – ale dobrze obrazuje motyw o którym mówię). Motyw żebraka zresztą pojawił się nie bez powodu – odcinamy się kulturowo od poziomu mitologicznego, źródła życiowego bogactwa i płacimy za to cenę jaką jest „przymusowe” nieświadome ugrzęźnięcie w nim. Zaczyna nas prześladować dualizm archetypów: Króla (obdarzonego władzą, pieniędzmi, ale zniewolonego obowiązkami) oraz Żebraka (wolnego, ale gołego). O przejściu poza niego dzięki celowemu kontaktowaniu się z tym źródłem – następnym razem.

środa, 1 czerwca 2011

O hunie inaczej

W zasadzie ten artykuł zbiera kilka moich myśli dotyczących rozwoju duchowego. Głównie jednak sięga do wiedzy i mądrości, której naucza Huna. Mam jednak inne spojrzenie na pewne elementy tej wiedzy niż wielu, również znanych obecnie na Ziemi nauczycieli. Nie szkodzi. Dlaczego, tłumaczę poniżej.

Otóż od pewnego czasu, jak medytuję, albo jak jestem radosny, tańczę sobie lub bawię się, co często przybiera formę dziecięcych zabaw samemu ze sobą, to przychodzą mi słowa, które najprawdopodobniej pochodzą z języka hawajskiego. Kiedyś jak sobie podśpiewywałem przyszło mi „kapulele”. Śpiewałem je sobie radośnie, nie zastanawiając się w zasadzie co powtarzam. Ale potem chciałem wyjaśnić, co to może znaczyć. Napisałem więc do osoby a w zasadzie Instytutu huny za granicą. Odpowiedziano mi, że nie ma takiego sformułowania w języku huny, ale wyjaśniono mi, co znaczą osobno słowa: „kapu” i „lele”. Otóż „kapu” to święty lub ograniczony, natomiast „lele” to skok naprzód, postąpić naprzód lub latać. Natomiast jako całość „kapulele” podobno nie funkcjonuje w języku hawajskim i Hunie. Tak napisali mi fachowcy. Po chwili przyglądania się tym przysłanym mi tłumaczeniom doszedłem do wniosku, że jest bardzo prawdopodobne, że „kapulele” oznacza święty moment w naszym życiu, jakim jest np. duchowa inicjacja, w którym przeskakujemy do wyższego poziomu świadomości - pełnego szczęścia, radości i błogosławieństwa, albo moment w życiu lub medytacji (co przecież jest często tym samym), gdy miłość, szczęście i pokój wypełniają nas całkowicie. Można też powiedzieć, że to błogostan. Napisałem o swoich przemyśleniach w liście zwrotnym i…wtedy już mi nie odpowiedziano. Jest kilka możliwych powodów, dlaczego. Otóż, albo rzeczywiście to, co mi przyszło do głowy jest tylko zabawnym zlepkiem słów, albo Oni – wybitni znawcy huny na Ziemi nie mają tej wiedzy i mądrości, albo też dotknąłem strzeżonej i zastrzeżonej tylko dla wybranych – czyli tych, którzy przeszli odpowiednie szkolenia i ćwiczenia adeptów, wiedzy tajemnej.

Innym razem przyszły mi słowa: „Laka maka kaka baka”. Wygląda na dziecinną zabawę w słowa, ale okazuje się, że trzy pierwsze słowa pochodzą z języka hawajskiego:) „Laka” oznacza boginię hula lub pociągać, „maka” oznacza oko, początek, pochodzenie, źródło, „kaka” to płukać, czyścić. Ostatnie słowo natomiast nie występuje podobno w języku hawajskim (bo nie występuje w nim litera „b”). Ale przecież to równie dobrze mogło by być słowo paka, co akurat po hawajski znaczy coś z tytoniem lub zaciągnięciem się, ale przecież w wielu kulturach chmura dymu oznacza ducha. Zatem można by przetłumaczyć to wyrażenie jako: „bogini hula (jej energia) oczyszcza twojego ducha z całej przeszłości – dochodząc do czystego źródła - pierwowzoru”. Z drugiej jednak strony, być może to, co mi przyszło nie ma znaczenia i jest tylko radosną paplaniną, bo nawet znane nam z filmu przygodowego dla dzieci słowo „pipi” również ma pochodzenie hawajskie:). Niemniej jednak ważne jest to, co mi wtedy przyszło do głowy. Otóż w języku hawajskim nie ma pewnych liter. Dodatkowo utrudnia fakt, że jest to z tego co kiedyś czytałem język tonalny, czyli w zależności od akcentu i tonu głosu jedno słowo może mieć bardzo wiele znaczeń. Zastanowiło mnie dlaczego w tym języku brakuje pewnych liter. I przyszło mi do głowy, że być może w ich kulturze funkcjonowało kilka dialektów, gałęzi języka, którymi posługiwali się różni ludzie. Być może te pozostałe litery były używane tylko przez bardziej wtajemniczonych znawców huny. Ponieważ było ich niewielu w porównaniu do pozostałej ludności oraz dlatego, że posługiwali się nim tylko specjaliści, wtajemniczeni znawcy huny to ta odmiana języka mogła totalnie zaginąć. Kto wie? Być może to tylko przypuszczenia, ale dziwiłoby mnie takie marnotrawstwo bogactwa języka. Choć z drugiej strony może nie zawsze więcej znaczy lepiej:). Warto się jednak nad tym głębiej zastanowić.

Druga sprawą, na którą warto zwrócić uwagę jest pewna forma rozumienia jak działa kreacja.
Piszę o tym dlatego, że w oficjalnej, często powtarzanej wiedzy pochodzącej z huny (podobnie jak w rozwoju duchowym) powtarza się, że to podświadomość decyduje o kreacji, o tym czy jakieś wydarzenia się zadzieją czy nie. Według mnie jest to niższy poziom rozumienia i wglądu. Otóż z mojego wyczucia czasem jest inaczej. To Nadświadomość, Wyższe Ja i Bóg w pierwszym rzędzie decydują o tym, co się dzieje, co się ma dziać. Chodzi o to, że czasami nawet gdy niższe ja i świadomość (średnie ja) są absolutnie czemuś przeciwne, a Wyższe Ja zadecydowało, że dla dobra danej istoty lepsze jest, aby coś się zadziało, to to się najprawdopodobniej zadzieje. Być może, albo na szczęście dla osobowości, tak dzieje się chyba rzadko, więc można było tego nie zaobserwować lub odczuć.

Jak to się ma do wolnej woli? Normalnie:) Są momenty, takie wydarzenia, które dla dobra albo funkcjonowania większej całości, muszą się zadziać. Tak - muszą, choć wielu rozwojowców nie lubi tego słowa. Nazywam takie zjawiska – węzłami lub punktami. Są one kluczowe dla rozwoju całości systemu. Służą też temu aby przyszłość więcej niż jednej istoty się zazębiła dla jakiejś wspólnej korzyści. Pomiędzy węzłami natomiast jest jedna najkrótsza ścieżka, zgodna z najwyższym dobrem oraz…nieskończona ilość innych ścieżek. Tu masz wolną wolę, wybierasz tę ścieżkę, którą chcesz. Możesz do woli tkwić pomiędzy dwoma ważnymi w Twoim rozwoju punktami. Możesz w tym stanie spędzić rok, dwadzieścia lat lub kilka wcieleń. I nie przejdziesz do kolejnego węzła o ile nie poddasz się boskiej woli i temu co najlepsze. A to pociąga za sobą zmiany w osobowości, podświadomości i świadomości, wyborach i planach a także sposobach przejawiania się. Ale…no tak, zawsze pojawia się takie jedno ale, które burzy całą koncepcję, również moją:) Jeżeli ktoś ma dostatecznie dużo siły, woli, determinacji, świadomości duchowej, kontaktu z Wyższym Ja i Bogiem, może współdecydować o tym, jak i gdzie mają się wydarzyć albo i nie te wspomniane węzły – kluczowe wydarzenia. Wpływ takich osób na to co się dzieje może być znaczny, ponieważ ich wola i świadomość jest w bardzo dużym stopniu tożsama z ich Nadświadomością i Bogiem. Ich zatem wola, wybory i propozycje są tak naprawdę „ścieżkami Boga”.

Inna sprawa to „kreatorzy zapętleni”, którzy starają się utrzymać siebie i innych pomiędzy dwoma węzłami. Ich świadomość jest już znaczna i wiedzą, że tylko w tej przestrzeni mogą być wielcy. Mogą kreować tu do woli to co chcą, często z niekorzystnym oddziaływaniem na innych. Pozornie są bezkarni, bo mają wiedzę, umiejętności i moce pozornie niedostępne innym istotom. Odgrywają wtedy role przewodników innych, choć sami nie chcą się poddać Bogu i swemu Wyższemu Ja. Tam jest coś niepewnego, choć podobno lepsze. Tu jest coś, co już zdążyli poznać i nad czym zdążyli zapanować. Tak rodzi się świadomość niewłaściwie wykorzystującego swe moce maga. Na szczęście inni dojrzewają. Na szczęście również niektórzy kreatorzy zapętleni pomiędzy węzłami również dojrzewają lub są już zmęczeni powtarzaną rolą. Wtedy z niej wychodzą, co pociąga za sobą zmiany mentalne i energetyczne na plus oczywiście. Czasami są to duże zmiany a czasami maleńkie. Ważne, że nie powiela się niekorzystnych dla siebie i innych działań, zachowań i intencji.

Są różne poziomy – sposoby postrzegania świata. Można je porównać do klas szkoły. Można oczywiście pozostać na długo w jednej klasie, ale czy to ma sens? Czasami tak – możemy do perfekcji opanować materiał, wiedzę i umiejętności przypisane do tego poziomu. Można po mistrzowsku władać materią, bawić się w kreowanie lub nawet materializować myśli i przedmioty od razu. Jest to fajne. Jest to piękne i boskie. Ale to też tylko pewien poziom postrzegania rzeczywistości. Do tego, aby wybierać służy nam wolna wola.

Poziomy rzeczywistości – sposoby jej interpretowania, odbierania i klasyfikowania można też porównać do poziomów piętra roślinnego w górach. Na pewnych wysokościach są określone rośliny i zwierzęta. W innych raczej ich nie ma. Podobnie na pewnych poziomach świadomości rzeczywistość wygląda w określony sposób. Na innych poziomach świadomości i postrzegania warunki tam panujące są inne.
Ostatnio coraz bardziej dociera do mnie, że czas i przestrzeń są tylko sposobem naszego postrzegania rzeczywistości i że istnieją raczej tylko na pewnych poziomach świadomości. Jakoś ta myśl wnika we mnie i się z nią oswajam. Czuję w niej prawdę. Zatem stąd do księżyca jest…dokładnie nic odległości, zero centymetrów. Tyle tylko, że jeszcze jestem na poziomie świadomości, na którym odległość ma znaczenie i wtedy wynosi tysiące kilometrów. Ale…kto wie, co będzie jutro:)

Mam też od dłuższego czasu przeświadczenie, że moja świadomość jest tak naprawdę nieruchoma. Jest całkowicie bezpieczna i spokojna. Nieporuszona. Wszystko co widzę, czuję i dotykam to tylko kreacje mojego umysłu, które wyświetlają się przed moją świadomością jak na holograficznym, fraktalnym i trójwymiarowym ekranie. Widzę, dotykam, podchodzę do innych „istot” i z nimi rozmawiam, ale to tylko obraz, hologram, złudzenie. Złudzenie tak silne, że można się o nie uderzyć czy potknąć. Jakość obrazu jest tak doskonała, że mój kreujący umysł bierze je za Rzeczywistość (przestrzeń stałą, niepodlegającą zmianom, wypełnioną boskimi wibracjami miłości, radości i szczęścia, błogostanu) i współtworzy to co się w niej dzieje. Identyfikuje się z jedną z postaci, jej mózgiem i umysłem i zaczyna nią kierować, myśleć za nią, zaczyna się troszczyć o nią, myje ją i ubiera. Myśl łączy świadomość z obrazem. Kiedy myśl zostaje unieruchomiona w akcie medytacji lub zadziwienia – zachwycenia się czymś, wtedy znika połączenie pomiędzy obrazem a świadomością i świadomość jest w stanie zauważyć sama siebie.

A w zasadzie są to kreacje jednego superumysłu – wszechumysłu, który jest tak doskonały, że potrafi sam na siebie patrzeć pod różnymi kątami – z różnych punktów widzenia, które stają się zaczątkiem osobowości pozornie oddzielonych od siebie istot. Wnikanie w to potrzebuje totalnego wyciszenia i ogromu odwagi, ponieważ znika wtedy odrobinę ego – poczucie ja. Jesteśmy jak osoba, którą poddano deprywacji sensorycznej – nie wiemy co się dzieje, nie wiemy czy jest noc czy dzień czy jesteśmy skałą czy człowiekiem czy śnimy czy chodzimy. Zmysły fizyczne nie mają oparcia i punktu zaczepienia. Tak jak Neo z Matrixu, chce się wymiotować. Jesteśmy zszokowani. Nikt nas tego nie uczył i nikt nam tego nie pokazywał. Albo się zdecydujemy przekroczyć granicę, za którą nie wiemy co jest, albo lepiej zostać, oswoić się z tym, co nieznane. Cisza powraca równowagę. Uśmiech i spokojny, głęboki oddech łagodzą uniesienie. Rytm przyrody – śpiew ptaków i szum drzew przynosi orzeźwienie i błogość. Spokój i bezpieczeństwo. Mądrość prowadzi nas tam gdzie trzeba i wtedy, kiedy trzeba. Robimy to co trzeba i tyle ile trzeba, nawet jak nic nie robimy. Ważne, aby czuć się w miarę dobrze i nie wprowadzać w swoje otoczenie czy relacje chaosu.

To jak postrzegamy świat zależy od naszej wiedzy, umiejętności, świadomości i mądrości. To główne czynniki. Reszta przeważnie może być zaliczona do któregoś z nich. Również to czy dane wydarzenie zaliczymy do naszej kreacji lub do kreacji Boga, zależy od świadomości i tego co nazywamy ego, czyli poczucia „ja”. Być może, gdy „ja” zniknie, zobaczymy, że działał, działa i będzie działał tylko Bóg:)

piątek, 1 kwietnia 2011

Huna - historia poczatkow

Rajskie wyspy Polinezji. Położone nad błękitnym oceanem, zalane jasnym słońcem. Gdzie czystą i obfitą zieleń lasów otaczały złote plaże, a natura swym bogactwem wprawiała w zachwyt. Te piękne wyspy, były zamieszkiwane niegdyś przez wiele plemion Polinezyjczyków. Żyli oni spokojnie w małych skupiskach. Natura hojnie obdarowywała ich swymi owocami tak, że wszyscy żyli w dostatku i spełnieniu.

Wiedli oni naprawdę szczęśliwe życie. Bez zazdrości, bez kłamstwa, bez wstydu. Każdy, kto należał do plemienia, był w pełni akceptowany i kochany. Nie było problemu z okazywaniem miłości. Ludzie byli otwarci i szczęśliwi. A cieszyli się z wielu rzeczy, cieszyli się sobą, miłością, seksem, twórczością, naturą, słońcem, oceanem, tańcem…wszystkim.:)

Społeczność wyspiarzy była podzielona na system kastowy. Każdy miał swoją specjalność, pracę do wykonania i każdy był potrzebny. Dzieci były wychowywane zgodnie ze swoimi predyspozycjami i szkolone w danej specjalności od małego. Dzięki temu, wszystko miało swoje miejsce i było doskonale dopasowane.

Jedną z takich kast była kasta Kahunów. Dosłownie znaczy to „Strażnicy tajemnicy”. A w praktyce byli to kapłani, którzy dbali o wszystkich innych i utrzymywali porządek. Pomagali ludziom w ich ewentualnych problemach, doradzali i uzdrawiali. Ich wiedza w zakresie psychologii dorównywała obecnym odkryciom, a praktyczne zastosowanie tej wiedzy, swą skutecznością daleko przekracza dzisiejsze systemy pomocy psychologicznej.

Wszyscy darzyli kahunów ogromnym szacunkiem, nie tylko za ich zasługi społeczne. Również dlatego, że władali oni potężną mocą magiczną. Dzięki niej właśnie mogli uzdrawiać. Legendy mówią, że potrafili oni chodzić po lawie, zmieniać pogodę, panować nad zwierzętami, a nawet zmieniać przyszłość. Byli to naprawdę wielcy ludzie, którzy świadomie posługiwali się wielką mocą.


Niestety, na przestrzeni wieków nawet oni nie byli w stanie zapobiec zdarzeniom, które miały nadejść. W miarę upływu czasu, ludy polinezyjskie podzieliły się na wiele odrębnych plemion. Zaczęły prowadzić ze sobą wojny, w których kahuni wykorzystywali swoją moc nie tylko do celów ratowania życia.

Powstało wiele odrębnych „wierzeń”, wiele bożków, którym składano ofiary. Byli to bogowie wojny, którzy rzekomo pomagali wodzom podbijać wrogie plemiona. Kahuni jednak wiedzieli, iż miały one charakter bardziej symboliczny.

Po wielu bitwach i ciężkich czasach, przyszło zjednoczenie. Polinezyjskie plemiona stały się jednością za sprawą władcy Kamehamehy I i jego najwyższego kapłana Hewahewy.


Hewahewa był bardzo inteligentnym kahuną, a do tego potrafił władać wielką mocą. Pewnego dnia otworzyła się przed nim wizja przyszłości. Ujrzał białych ludzi przypływających na wielkich łodziach. Wiedział, że posiadają oni potężną broń, wielkie statki, maszyny, bogate ubrania. Wiedział też, że przypływają razem ze swoim Bogiem. Sądząc po wizjach stwierdził, że ten Bóg jest jakąś potężną istotą. To zrobiło na nim wrażenie. Nie chcąc walczyć z tak groźnym przeciwnikiem, kazał zniszczyć wszystkie posągi bożków, wszystkie ołtarze i świątynie, a kahunom zakazał używania mocy. Postanowił przyjąć nową religię, wierząc w, że potrafi ona zdziałać naprawdę ogromne cuda… nawet wskrzeszać zmarłych, jak to czynił mistrz nowoprzybyłych (Jezus).


Dokładnie przewidział czas i miejsce przybycia statku i przygotował specjalną mowę powitalną.


W 1820 roku, na jedną z wysp przybyły europejskie statki. Wylądowali dokładnie na miejscu przewidzianym przez najwyższego Kahunę. Tak więc Hewahewa powitał ich serdecznie, wygłaszając swoją mowę. O tradycyjnej magii tylko wspomniał i powiedział, że sam jest magiem. Jednak całą uwaga była poświęcona nowym kapłanom i ich wszechmocnemu Bogu z dalekich krain.


Po krótkich przygotowaniach misjonarze zaczęli swoje zadanie. Podzielili się i wyruszyli na wiele wysp, by szerzyć wiarę chrześcijańską. Zadowolony Hewahewa postanowił towarzyszyć jednej grupie nowych kapłanów, żeby zobaczyć jak sobie radzą. Niestety czekało go niemiłe zaskoczenie… Szybko okazało się, że biali kahuni nie znają żadnej wielkiej magii. Bóg ich milczy, a oni sami głodują, chorują i umierają. Byli zupełnie bezbronni.

Chcąc dowiedzieć się, o przyczynę niepowodzeń, Hewahewa zaczął wypytywać się misjonarzy dlaczego tak się dzieje. Okazało się, że „chrześcijańscy magowie” potrzebują świątyń. Nie namyślając się długo, Hewahewa zlecił swoim ludziom zbudowanie dużej świątyni, kościoła. Wszystko w nadzieji, że chrześcijański Bóg zacznie działać. Zaczęła się budowa ogromnej świątyni, która pochłonęła wiele czasu i energii. Jednak udało się ją ukończyć i została poświęcona.

Wielki kahuna dumny z tego, że może pomoc swoim braciom, białym magom, był pewien sukcesu. Bardzo się z nimi zaprzyjaźnił. A Polinezyjczycy tylko czekali na spektakularne uzdrowienia z ciężkich dolegliwości i wskrzeszenia zmarłych. Przecież misjonarze nieraz opowiadali barwne opowieści o działaniu Jezusa i mocy ich Boga.


Świątynia stała, misjonarze byli… a po cudach ani śladu.


Hewahewa był coraz bardzies sceptyczny. Widząc w tym wszystkim oszustwo, był zmuszony powrócić do dawnych wierzeń i swojej sprawdzonej magii. To samo polecił kahunom. W końcu ludzie potrzebowali uzdrowień, zarówno Polinezyjczycy, jak i nowoprzybyli chrześcijanie.

Mijały lata, chrześcijaństwo się rozrastało, wyspy stawały się coraz bardziej cywilizowane. Jednak wraz z chrześcijaństwem, równolegle rozwijała się Huna, która była skuteczniejsza. Widząc to, chrześcijanie wystrszyli się czarna magia może przysłonić ich nauki i Boga. Postanowili oni zakazać wszelkiego posługiwania się magią. Kahuni zostali wyjęci spod prawa. Zostali zepchnięci do „podziemi” tamtejszego społeczeństwa. Na szczęście tamtejsze władze były w większości pochodzenia polinezyjskiego i miały świadomość mocy kahunów, więc nie wchodziły im w drogę. Magia nie byłą oficjalna, jednak większość i tak jej używała, w tajemnicy przed Europejczykami. Zepchnięta na margines, wiedza ta po pewnym czasie, prawie całkiem zanikła. Przenoszona z pokolenia na pokolenie z coraz mniejszym entuzjazmem, zagubiła się w nowoczesności cywilizacji. Jednak nie do końca.


Max Freedom Long był współczesnym człowiekiem, który przypadkowo zainteresował się zanikającą tajemniczą tradycją. Jako nauczyciel w szkółce na Hawajach, spotkał się z dziwnymi legendami, opowiastkami, czy tajemniczymi zachowaniami. Bardzo go to zaintrygowało. Chciał zbadać tą tradycję dokładniej, a jako racjonalista, nawet podważyć istnienie jakiejkolwiek magicznej niezwykłości. Mimo początkowych oporów tamtejszej ludności, zbierał coraz więcej wiadomości. Odkrywał tajemnice starożytnej wiedzy hawajskiej. Przypadkowo spotykał ludzi, którzy próbowali badać to samo.

Zajął się studiowaniem języka używanego przez tradycyjnych Polinezyjczyków, odkrywał coraz to nowe informacje. Był nawet świadkiem wielu niezwykłych wydarzeń.

W miarę zagłębiania się w tą „wiedzę tajemną”, przed Longiem ukazywały się coraz to bardziej fantastyczne rzeczy. Zafascynował go ogrom i możliwości wykorzystania Huny w dzisiejszych czasach.


Jest autorem wielu książek poświęconych Hunie i zarazem pierwszym wielkim badaczem „tajemnicy”. Odkrył powiązania wiedzy Polinezji, ze starożytnym Egiptem, a nawet Indiami. Wszystko zaczynało się układać w całość.

Huna stała się brakującym ogniwem między religią, a nauką. Między praktyką, a teorią. Dzięki niej, Long mógł bardzo jasno wytłumaczyć wiele do tej pory niewyjaśnionych zjawisk. Wiele tajemnic przeszłości związanych z religią stało się jasnych.

Sam autor uważał, że jego odkrycie może zrewolucjonizować świat…i miał rację. Huna stała się popularna. Wielu ludzi korzysta z tej wiedzy z powodzeniem. Posługuje się nią świadomie w codzienności, dzięki temu kreując sobie cudowną i świetlaną przyszłość.

Anna Kliegert - wywiad

Była uczennicą i asystentką niezwykłej osoby - Morrnah Nalamaku Simeona. W jakich okolicznościach się Panie spotkały?
W 1988 roku odbył się pierwszy Światowy Pokojowy Kongres Healerów w Danii. Wielu wspaniałych uzdrowicieli z całego świata prezentowało tam swoje metody leczenia. Pewnego dnia miałam uczestniczyć w prelekcji innej osoby. Prelekcja ta została odwołana, a ja "przypadkowo" trafiłam na wykład Morrnah. Zdecydowałam się wziąć udział w jej seminarium, podczas którego nauczała Ho'oponopono. Instruktor z Niemiec namówił mnie, żebym zaczęła tłumaczyć teksty Morrnah na język polski. Jakiś czas później Morrnah postanowiła odwiedzić Polskę. Wówczas nie znałam jeszcze celu jej podróży. Akurat tak się złożyło, że byłam w Warszawie pierwszy raz po wyjeździe i wstąpiłam do Towarzystwa Psychotronicznego, żeby kupić jakieś książki. Na tablicy ogłoszeniowej zobaczyłam ogłoszenie o kursach Huny. Zapytałam, czy są zainteresowani Ho'oponopono. Wyglądało to tak, jakby było zaplanowane z góry. Morrnah wysłała mnie do Warszawy, żeby przeprowadzić wstępną prelekcję. Niedługo potem przyjechałyśmy razem do Polski przeprowadzić kursy, na których miałam być tłumaczką. Potem spotkałam się z Morrnah kilka razy i nauczyłam się tzw. Basic II, czyli drugiej części procesu. Do tej nauki można przystąpić dopiero po kilku latach praktykowania części pierwszej. Praktykowałam Ho'oponopono w swoim codziennym życiu, znałam więc jego wartość. Zapragnęłam nauczać innych. Opowiedziałam o tym Morrnah. Powiedziała, że jeszcze nie jestem gotowa. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego. Musiałam nad sobą intensywnie pracować przez wiele lat, zanim wyraziła zgodę na to, bym zaczęła nauczać.

Jaki był cel wizyty Morrnah w Polsce w 1989 roku?
Morrnah miała dwa cele. Pierwszy z nich był szczególną misją. Miała się bowiem udać do Częstochowy, na Jasną Górę i oczyścić to miejsce z traumatycznej pamięci całej Polski. Miejsce to ma też silne karmiczne powiązania z innymi krajami i narodami. (O tej misji pisaliśmy w nr. 8/2007 str. 49).
Drugim celem Morrnah było nauczanie Polaków procesu Ho'oponopono. Niestety pozostała tylko garstka osób, które wytrwale go stosowały, dzięki czemu wiele zmieniło się w ich życiu i w ich otoczeniu. Gdyby wszystkie 700 osób, które uczestniczyły wtedy w kursach, dalej praktykowało Ho'oponopono, prawdopodobnie wiele spraw w kraju wyglądałoby dzisiaj trochę inaczej.
Proces Ho'oponopono uwalnia nie tylko osobę, która go przeprowadza. Uwalnia również wszystkich i wszystko, co jest w ten proces włączone.

Co oznacza słowo Ho'oponopono i na czym polega rytuał? Wspomina Pani, że Morrnah "odnalazła" proces Ho'oponopono, czy to oznacza, że nie był on przedtem znany nikomu innemu?
Słowo Ho'oponopono, jak prawie każde słowo w języku hawajskim, składa się z kilku słów, z których każde ma również wiele znaczeń. "Ho" oznacza przynosić, przenosić, prezentować, dawać, odkładać, "pono" dobroć, moralną dobroć, to, co jest prawidłowe, poprawiać. Całe słowo Ho'oponopono oznacza powodować, właściwie postępować, naprawiać błąd.
Proces, którego nauczam, różni się od wielu rytuałów hawajskich. Składa się on z 12 stopni. Jest procesem skruchy, wybaczenia i przemiany. Jest on petycją do Miłości, czyli Światła, Boskości, by usunęła toksyczne energie ukryte w podświadomości. Boskość dokonuje tego w Umyśle, zaczynając od części spirytualnej, czyli Nadświadomości. Następnie oczyszcza część intelektualną, uwalniając ją od form myślowych. W końcu przesuwa się do części emocjonalnej - podświadomości, usuwając toksyczne emocje i wypełniając ją samą sobą, czyli Miłością.
Każdy problem zaczyna się od myśli. Samo myślenie nie jest problemem. Problemem są bolesne wspomnienia powiązane z myślami. Nienawiść, smutek, złość, brak tolerancji są truciznami, które można porównać do starych płyt gramofonowych, które ciągle, i ciągle przynoszą ból i cierpienie. Podświadomość często kojarzy zdarzenia lub osobę, którą spotykamy w czasie obecnym, z czymś, co nastąpiło w przeszłości. W takiej sytuacji emocje zostają uaktywnione i stają się przyczyną stresu. Ho'oponopono neutralizuje energie związane z osobą, miejscem czy przedmiotem. Zadaniem Ho'oponopono jest oczyszczenie, neutralizowanie i uwolnienie energii o niskiej wibracji i przetransformowanie jej w Miłość.
Praktykując Ho'oponopono, nie potrzebujemy wiedzy o przyczynie wywołującej problem. Jedyna informacja, jaka jest nam potrzebna, to uświadomienie sobie aktualnego problemu. Nasza podświadomość zna przyczynę, a praca intelektu jest prośbą o wybaczenie.
Oczyszczamy nie tylko siebie. Oczyszczamy również wszystkich i wszystko, co włączamy w proces, czyli: rodzinę, bliskich, przodków, zdarzenia, miejsca, przedmioty. Pamięć absolutnie wszystkiego, czego doświadczyliśmy od momentu Stworzenia zapisana jest jako formy myślowe i zachowana w ciele eterycznym. Można to porównać do komputera, który znany jest jako podświadomość, Unihipili, lub aspekt wewnętrznego dziecka. Innymi częściami naszego Jestestwa są Matka, znana jako Uhane, czyli racjonalna myśl, która wybiera i decyduje, oraz Ojciec- Aumakua, czyli nadświadomość lub aspekt spirytualny.
Te trzy części Jestestwa, to nasza wewnętrzna rodzina, która w normalnych warunkach powinna być zrównoważona, i która razem ze Stwórcą Boskim daje Samo-Identyczność, czyli Jedność z Bogiem.
Morrnah Simeona odnalazła stary proces Ho'oponopono, który był dokonywany od tysięcy lat. Był on znany jedynie Kahunom, których było niewielu. Pamiętajmy, że praktykowanie Huny, jak i Ho'oponopono było zakazane, od kiedy na Hawajach znaleźli się misjonarze. Stara hawajska wiedza przetrwała w ukryciu. Dopiero w końcu lat 70. zaczęto odkrywać te stare nauki, które były przekazywane tylko drogą ustną.
Punktem zwrotnym w życiu Morrnah był moment, w którym zachorowała na złośliwy nowotwór. Wówczas sama zaczęła stosować ten proces w celu uzdrowienia siebie. Potem dostosowała go do naszych czasów.



W jaki sposób przebiegał ten proces na dawnych Hawajach?
Stary proces różnił się od procesu, którego nauczała Morrnah. Muszę tu dodać, że "Samo-Identyczność przez Ho'oponopono" różni się od wszystkich innych form. Według starej tradycji, każdy, kto był związany z danym problemem, musiał być fizycznie obecny w czasie rytuałów i pracować nad ich rozwiązaniem. Był to rytuał, w którym uczestniczyli "Starsi" w rodzinach, kapłani lub kapłanki i całe rodziny. Każdy był zmuszony do wypowiedzenia się, i jak Morrnah to określała, "wylania żalu", tak długo, aż wszystkie winy zostały ujawnione. W czasie takiego rytuału nikt nie mógł opuścić pomieszczenia. Rytuał był prowadzony przez Kahunę.
Proces opracowany przez Morrnah nie wymaga obecności innych osób. Przeprowadza się go samemu. Nie musimy zwracać się do kapłana, psychiatry, terapeuty czy innego specjalisty. Wszystko odbywa się pomiędzy trzema częściami naszego Ja a Boskością, która wie dokładnie, kim jesteśmy, co przeżyliśmy i czego nam potrzeba. Morrnah mówiła, że jedynie Boskość może usunąć i naprawić błąd. My możemy tylko o to prosić.



Czy polinezyjski rytuał może mieć swoje zastosowanie w Europie Środkowej? W tak odmiennej kulturze?
Proces Ho'oponopono z niczym nie koliduje i jest niezależny od tradycji, religii czy kultury. Korzystać z niego może każdy z nas. Zwraca się do Jestestwa, które jest w nas wszystkich. Poza tym Ho'oponopono jest procesem pochodzącym z Lemurii, starszej od Atlantydy. Według wielu przekazów właśnie stamtąd wywodzi się nasza cywilizacja. Jeśli założymy, że reinkarnacja istnieje, to możemy przyjąć, że każdy z nas mógł już wcześniej żyć w różnych częściach świata, nawet poza Ziemią, i zbierać informacje w swojej podświadomości, która nigdy nie umiera i przenosi je do kolejnych wcieleń. To daje nam wiele do myślenia, prawda?

Jakie korzyści może nam przynieść stosowanie tego rytuału?
Nie nazywałabym tego rytuałem. To jest proces, ponieważ każdy pracuje nad swoim Jestestwem i oczyszcza swój "komputer" krok po kroku. Tego się nie da zrobić za jednym razem. Proszę tylko pomyśleć, ile przeróżnych informacji zgromadziliśmy! Podświadomość tworzy powiązania, tzw. Sznury Aka, połączenia ze wszystkim, z czymkolwiek tylko ma do czynienia, nawet gdy nie jesteśmy tego świadomi. Na początku zajmujemy się najbardziej palącymi nas problemami. Z czasem zostają odkryte kolejne, głębsze warstwy, nad którymi również należy pracować.
Głównym celem procesu Ho'oponopono jest odnalezienie Boskości w samym sobie. Ho'oponopono to ogromny dar dla ludzkości, zwłaszcza w dzisiejszych, tak niespokojnych czasach. Prowadzi ono do wolności, do całkowitego wyzwolenia się spod władzy przeszłości. Pozwala nam żyć Tu i Teraz, żyć w pełni. Pozwala nam wrócić do domu.
Najważniejszym celem w życiu człowieka jest odnalezienie swojej prawdziwej Identyczności, swojego prawdziwego Ja, swojego miejsca we Wszechświecie i powrót do Miłości. Aby osiągnąć ten cel, powinniśmy uznać, że jesteśmy w stu procentach odpowiedzialni za stworzenie swojego życia takim, jak ono w tej chwili wygląda, że nie ma żadnej przyczyny czy winy na zewnątrz - poza nami. Każda osoba doświadcza innych korzyści. Morrnah pracowała razem z dr. Ihaleakala Hew Len. Był on razem z nią w Polsce i później kontynuował jej pracę na Hawajach. Był psychologiem, pracował w szpitalu dla psychicznie chorych przestępców. Odkąd zaczął posługiwać się Ho'oponopono w swojej praktyce, jego skuteczność znacznie wzrosła. Moja przyjaciółka jest lekarką w Kopenhadze. Nauczyła się procesu i robi to od czasu do czasu. Wyniki są imponujące. Pacjenci nagle zaczęli się lepiej czuć.
Jestem malarką, a także healerem. Stosowałam wcześniej różne metody leczenia i żadna z nich nie jest jednak tak efektywna, jak Ho'oponopono. Można je stosować w bardzo wielu różnych przypadkach u dorosłych i dzieci, nawet zwierząt, wobec ofiar nieszczęść, wypadków, wojen, w nieporozumieniach, w uwolnieniu negatywnych wibracji, przy rozpoczęciu nowej pracy, gdy ma się coś do załatwienia, w przygotowaniu do pobytu w szpitalu. Oczyszczam domy, wodę w jeziorach, niebezpieczeństwo katastrof naturalnych i wiele, wiele innych rzeczy. Dziś nauczam, jak podzielić się tym skarbem z innymi. Zanim jednak mogłam rozpocząć przekazywanie tej wiedzy, musiałam wiele lat pracować nad własnymi problemami.

Huna

Wicedyrektorka zapytała mnie kiedyś, w jaki sposób sterroryzowałem chłopaków, bo w jednej z klas, w której miałem zastępstwo, nie udało się dotąd nikomu wyegzekwować ciszy i uwagi. Nie chciała uwierzyć, że odwołałem się do ich ambicji. Zapytała tylko: „Jak takie opóźnione w rozwoju matoły mogą mieć ambicję?”

Kiedy skończyłem studia, byłem naładowany wiedzą psychologiczną i pedagogiczną, a także wspaniałymi ideami i entuzjazmem do pracy. Chciałem te wszystkie piękne idee, które mi zaszczepiono podczas studiów, wprowadzić w życie. Chciałem udowodnić wątpiącym koleżankom i kolegom, że to się da zrobić. Po roku już wiedziałem, że studia nauczyły mnie nieskutecznych metod. Ale chęci mi nie przeszły. Zacząłem więc szukać innych metod, które by mi umożliwiły skuteczne oddziaływanie na uczniów. W międzyczasie stanąłem też przed wyzwaniem, żeby skutecznie zacząć wpływać na siebie i na swoje zdrowie, które nadwyrężone pracą ponad siły i stresem, zaczęło szwankować. Widziałem bezsilność pedagogiki i bezsilność medycyny w moim przypadku. Na dodatek jeszcze załamał mi się system wartości, kiedy wprowadzono stan wojenny. I wtedy przyszła do mnie Huna. To nie była żadna religijna obietnica zbawienia, czy nadzieja na boską sprawiedliwość. Nie. Wbrew wyobrażeniom ludzi, którzy „znają prawdę” o Hunie, choć nigdy jej nie poznali, nie ma ona nic wspólnego z żadną sektą, ani nawet z żadną religią.
Huna to wiedza umożliwiająca wprowadzanie w praktykę tego, co tylko się chce. Ale jednocześnie przestrzegająca przed usiłowaniami realizowania egoistycznych zachcianek za wszelką cenę. W Hunie wszystko jest spójne i logiczne. I, jeśli można ją z czymkolwiek porównać, to z psychologią stanów pozaosobowych (transpersonalną).


Wtedy to była zupełna nowość. Uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba, bo tłumaczyła, w jaki sposób mam się wziąć za realizację swoich celów. Spróbowałem i okazało się, że działa. Na pierwszy ogień poszło zdrowie. Jedna wizualizacja okazała się skuteczniejsza niż seria zastrzyków! A zastosowanie zasad Huny w komunikacji z uczniami pomagało uzdrowić relację i uzyskać właściwe, pozytywne reakcje z ich strony. To musiało mi się spodobać. Aż wicedyrektorka zapytała mnie kiedyś, w jaki sposób sterroryzowałem chłopaków, bo w jednej z klas, w której miałem zastępstwo, nie udało się dotąd nikomu wyegzekwować ciszy i uwagi. Nie chciała uwierzyć, że odwołałem się do ich ambicji. Zapytała tylko: „Jak takie opóźnione w rozwoju matoły mogą mieć ambicję?”
Dziś (choć mało kto zdaje sobie z tego sprawę) wiedzę Huny stosuje się przede wszystkim w różnych metodach psychoterapii humanistycznej i w kursach motywacyjnych opartych na zasadach współpracy i współtworzenia, a nie dzikiej konkurencji. Bo podstawą Huny jest zasada miłości. Wszystkie inne z niej wynikają.
Jak każda szanująca się wiedza, Huna stara się być uniwersalną. I to się udaje. Posługując się tą wiedzą można robić rzeczy dobre, ale i złe. Bo mechanizmy prowadzące do dobrych i złych uczynków są identyczne. Różnica tkwi w intencjach (nastawieniach). I stąd tak ważne jest odwoływanie się do zasady miłości.
Huna dała mi wspaniałą, skuteczną i potężną technikę kreacji tego, co chciałem osiągnąć. Dała mi też wiedzę i sposoby na uwalnianie się od wewnętrznych przeszkód w kreacji. Dzięki temu to, co deklarowałem, mogłem wreszcie osiągać! Ale Huna dała mi też coś więcej. Dała możliwość kontaktowania się z Wyższą Inteligencją, którą od czasu do czasu słusznie nam się kojarzy z Intuicją. Dzięki temu zaczęły do mnie trafiać inspiracje, w jaki sposób rozwiązywać nierozwiązywalne dotychczas konflikty, by wszyscy na tym korzystali. Zaczęły docierać inspiracje, jak podnieść jakość swego życia i swoich doświadczeń. Inspiracje z różnych kursów motywacyjnych, a także podszepty znajomych, mają się do tego nijak. Kontakt z Intuicją zapewnia skok jakościowy. Sprawia, że zaczynamy zauważać możliwości osiągania takich celów, jakie nasze otoczenie „z zasady” odrzuca jako niemożliwe. I to jest w tym najfajniejsze!
Dla mnie Huna jest wspaniała, choć nauka jeszcze nie ogarnia możliwości, jakimi ona dysponuje. Może kiedyś, gdy nauka wzniesie się na takie wyżyny, by badać Intuicję, Huna stanie się akceptowana przez świat naukowy. Dla mnie jednak nie ma to najmniejszego znaczenia. Ważne jest to, że działa. I na dodatek działa skutecznie i w pełni przewidywalnie. I cieszę się, że tak samo do Huny podchodzi wielu terapeutów – praktyków.

Jeśli chce się wykorzystać kilka technik Huny do poprawy jakości swojego życia, może się to udawać przez jakiś czas. Ale przychodzi taki moment, że trzeba wybrać: żyć z taką świadomością, jak dotychczas, albo ją zmienić. Bez zmiany świadomości dalsze postępy stają się niemożliwe. A to dlatego, że nasz świat jest taki, jakim jesteśmy w stanie go sobie wyobrazić. Zmiana naszego świata polega więc w pierwszej kolejności na zmianie naszych wyobrażeń o nim. A to może nastręczać ogromnych trudności, gdy nie znamy metod i zasad Huny, gdy brak nam intuicyjnej inspiracji i zaufania do niej.
Kiedy zmieniamy nasze nastawienie do świata, nasze oczekiwania wobec świata, możemy tę zmianę wykorzystać do kreacji nowych, lepszych warunków życia, do uzdrowienia ciała lub relacji z otoczeniem, albo do zmian w osobowości. Każda świadoma zmiana w naszym życiu wynika ze zmiany naszych nastawień i wyobrażeń o sobie, o świecie i o swojej w nim roli.
Niemożliwe?
A jednak.
Zapewne każdy z nas zna tę zasadę jednostek specjalnych:
„Sprawy trudne załatwiamy od razu, sprawy niemożliwe zajmują nam nieco więcej czasu”.
Możliwe?
Jednak tak. Tylko aby stało się możliwe, najpierw musi się dokonać akt wiary, że to jest możliwe. A potem jeszcze trzeba poznać sposób, w jaki to się robi i... systematycznie ćwiczyć. A Huna daje nam skuteczne sposoby na ćwiczenie, uzdrawianie i kreację. Daje też sposoby uruchamiania i wykorzystywania zdolności parapsychicznych. Jednych to przeraża, zaś inni mają z tego ogromną frajdę.
Huna jest wspaniałą przygodą z sobą samym. Pomaga odkrywać w sobie ogromne możliwości, z których istnienia większość ludzi w ogóle sobie nie zdaje sobie sprawy. Jest więc wspaniałą praktyką dla tych, którzy mają iskierkę odkrywcy.
Odkąd zająłem się Huną, nie zdarzyło mi się nudzić we własnym inteligentnym towarzystwie. Ale wiem, że dla większości ludzi, którzy boją się siebie, którzy umierają ze strachu przed nowym, innym i nieznanym, ta droga jest niedostępna. Oni najpierw powinni przejść przez solidną psychoterapię, by poczuć się bezpiecznie.
Narzędzia Huny są bardzo proste:

1.Świadoma autosugestia, żeby przekonać podświadomość do celu, jaki chcę osiągnąć (technika afirmacyjna).
2.Rozmowa z podświadomością, żeby dowiedzieć się, czy akceptuje cel, a jeśli nie, to dlaczego? (różne techniki nawiązywania kontaktu z podświadomością).
3.Modlitwa afirmacyjna z wizualizacją – to najpotężniejsza technika kreacji.
4.Medytacja mająca służyć kontaktowi z Wyższym Ja (czym dla chrześcijan jest Duch Św.) i czerpaniu inspiracji i najwyższej jakości.
5.Relaks służący uwalnianiu się od stresu, ale także wchodzeniu w stan medytacyjny.
Praktyka mówi, że jeśli chcemy zajmować się Huną, to gdy jesteśmy konsekwentni, zmieniamy cały swój styl życia. Nie tylko ja wiem, że warto.
Od czego zacząć?
Ja bym radził najpierw przeczytać kilka solidnych książek na temat Huny. One wprowadzają w temat i atmosferę Huny. Choć autorzy niektórych z nich mieszają wiedzę Huny ze swoimi doświadczeniami szamańskimi, z zupełnie innych kultur, to jednak ich książki są inspirujące i niewiele odbiegają od oryginalnej wiedzy przekazywanej przez tysiąclecia, z pokolenia na pokolenie. Poprzez czytanie wchodzimy w atmosferę i ideę przekazu. A to jest ważne, gdyż ci, którzy Hunę stosowali, przekazywali ją przez wiele lat swoim następcom. My jesteśmy wychowani w innym kręgu kulturowym, więc powinniśmy się dobrze wczuć w sens tego, co chcemy poznać i opanować praktycznie.
Po lekturze książek warto udać się na kurs prowadzony przez fachowca. Tam robi się różne ćwiczenia praktyczne, które pomagają w dalszej samodzielnej praktyce.
A skoro już o praktyce mowa, to najważniejszy na początek jest relaks. Warto być cierpliwym ucząc się relaksu. W zależności od poziomu znerwicowania i poczucia zagrożenia przyzwyczajanie się do relaksu może zająć krótki lub długi odcinek czasu. Mnie zajęło ponad rok codziennych ćwiczeń przygotowujących. A polegały one na tym, że chodząc skupiałem uwagę na oddechu i koncentrując się na krokach powtarzałem:
Dob-re wdy-cham, złe wy-dy-cham.
W efekcie bardzo mi się to opłaciło, bo sam relaks ma już właściwości uzdrawiające. Puszczając napięcia, przestajemy zapadać na wiele rożnych chorób.
Gdy uda się opanować relaks, czekają nas ciekawsze zajęcia. Można wtedy próbować rozmawiać z podświadomością, żeby się dowiedzieć, jakie ona ma opinie i poglądy na temat tego, co chcemy osiągnąć. A to ważne, gdyż Huna uczy, że jeśli nasze świadome pragnienia są zgodne z podświadomymi, wówczas się spełniają. Ale jeśli podświadomość się z nimi nie zgadza, wówczas nie ma możliwości spełnienia/
To jednak nie wszystko, gdyż Huna zna doskonałą technikę, która umożliwia uzyskanie nie tylko zgody, ale i zaangażowania podświadomości w realizację naszych planów. Jest to świadoma autosugestia, do której wykorzystujemy afirmacje, czyli pozytywne myśli, które powtarza się tak długo, aż podświadomość się z nimi zgodzi i pójdzie na współpracę. Tę technikę można opanować bez relaksu, ale z relaksem i specjalnymi ćwiczeniami oddechowo-energetyzującymi działa znacznie skuteczniej.
I kiedy wreszcie uda się opanować relaks, możemy zająć się medytacją oraz skuteczną techniką modlitwy. W Hunie jest to skojarzenie wizualizacji (świadomych wyobrażeń) z afirmacjami i odwołaniem się do Wyższej Inteligencji z prośbą o najkorzystniejsze rozwiązanie. To otwarcie wrót do cudów.

Zanim jednak uda się czynić cuda, trzeba przejść przez dość długi okres oczyszczania podświadomości. A to dlatego, żeby mieć lepszy kontakt z Intuicją, żeby się wyzbyć uprzedzeń, zaślepienia, lęków, pożądania i nienawiści.
Wcześniej wspomniałem, że Huna odwołuje się do zasady miłości. Z kolei wszelkie uprzedzenia, a szczególnie negatywne emocje, nie pozwalają nam przejawiać miłości i zaburzają nam relacje z innymi osobami. Dlatego Huna dysponuje specjalnym Rytuałem Kala – oczyszczaniem podświadomości. Ma on kilka etapów i zaczyna się od przebaczenia sobie oraz innym. Ważnym jego elementem jest zadośćuczynienie, które stosuje się zamiast bezsensownej pokuty. Przynosi ono ogromną ulgę i pozwala inaczej – z perspektywy miłości i życzliwości - spojrzeć na siebie i innych. I wtedy możemy się czuć gotowi do pełnego praktykowania Huny.
Oczywiście, że poszczególne techniki Huny możemy stosować i bez tego całego procesu przygotowawczego. Ale wówczas dają one o wiele mniejsze wyniki, choć na pewno warte zachodu (czyli ćwiczeń).
Jak w każdej dziedzinie życia, tak i w Hunie ćwiczenie czyni Mistrzem. A biorąc pod uwagę, że jest to system wiedzy nie zawsze zgodnej z tą, którą wynieśliśmy ze szkoły, trzeba dużo czytać na ten temat, dużo rozmawiać z ludźmi praktykującymi i dużo myśleć na temat systemu wartości Huny. Bo Huna ma swój system wartości, nieco odmienny od tego, do którego przywykliśmy od dzieciństwa.
Przede wszystkim w Hunie jest inne spojrzenie na miłość. Miłość wg Huny to miłe i przyjemne uczucie w sercu. Kiedy takie uczucie czujemy, wtedy mamy prawo powiedzieć, że doświadczamy miłości. Z tym uczuciem w sercu możemy mieć pewność, że to, co wówczas myślimy, jest dobre, korzystne. Kiedy zaś czując miłość pomyślimy coś złego, wówczas natychmiast tracimy miłe i przyjemne uczucie w sercu. I wtedy możemy być pewni, że nie myślimy i nie kierujemy się miłością.
Ale są też osoby, które mimo najszczerszych chęci nie potrafią poczuć miłości. Dla nich jest proste wyjaśnienie, co jest korzystne i związane z miłością, a co nie jest.
Jeśli kieruję się miłością, to tym samym robię to, co jest korzystne i dla mnie i dla innych. Nic własnym kosztem i nic kosztem innych! Zawsze można sobie zadać pytanie: czy ktoś na tym traci? Jeśli ja lub kto inny, wówczas znaczy, że zapomniałem o zasadzie miłości albo do siebie, albo do innych. Jeśli ktoś powołując się na miłość zmusza nas do niekorzystnych decyzji czy działań, to na pewno nie kieruje się miłością, tylko manipuluje nami kierując się samolubstwem. I wtedy mamy prawo odmówić. Bo gdybyśmy się dali w to wkręcić, wówczas zrezygnowalibyśmy ze stosowania zasady miłości wobec siebie. A tu trzeba równo obdarzać miłością i siebie i innych.
Miłość jest najważniejsza. W to wierzy wielu, którzy o Hunie nigdy nie słyszeli. Ale wierzyć, a praktykować, to dwa różne światy, to dwa różne style życia. Praktyka Huny to styl życia z miłością na co dzień.

niedziela, 13 marca 2011

Huna - nowy styl życia

Wicedyrektorka zapytała mnie kiedyś, w jaki sposób sterroryzowałem chłopaków, bo w jednej z klas, w której miałem zastępstwo, nie udało się dotąd nikomu wyegzekwować ciszy i uwagi. Nie chciała uwierzyć, że odwołałem się do ich ambicji. Zapytała tylko: „Jak takie opóźnione w rozwoju matoły mogą mieć ambicję?”

Kiedy skończyłem studia, byłem naładowany wiedzą psychologiczną i pedagogiczną, a także wspaniałymi ideami i entuzjazmem do pracy. Chciałem te wszystkie piękne idee, które mi zaszczepiono podczas studiów, wprowadzić w życie. Chciałem udowodnić wątpiącym koleżankom i kolegom, że to się da zrobić. Po roku już wiedziałem, że studia nauczyły mnie nieskutecznych metod. Ale chęci mi nie przeszły. Zacząłem więc szukać innych metod, które by mi umożliwiły skuteczne oddziaływanie na uczniów. W międzyczasie stanąłem też przed wyzwaniem, żeby skutecznie zacząć wpływać na siebie i na swoje zdrowie, które nadwyrężone pracą ponad siły i stresem, zaczęło szwankować. Widziałem bezsilność pedagogiki i bezsilność medycyny w moim przypadku. Na dodatek jeszcze załamał mi się system wartości, kiedy wprowadzono stan wojenny. I wtedy przyszła do mnie Huna. To nie była żadna religijna obietnica zbawienia, czy nadzieja na boską sprawiedliwość. Nie. Wbrew wyobrażeniom ludzi, którzy „znają prawdę” o Hunie, choć nigdy jej nie poznali, nie ma ona nic wspólnego z żadną sektą, ani nawet z żadną religią.

Huna to wiedza umożliwiająca wprowadzanie w praktykę tego, co tylko się chce. Ale jednocześnie przestrzegająca przed usiłowaniami realizowania egoistycznych zachcianek za wszelką cenę. W Hunie wszystko jest spójne i logiczne. I, jeśli można ją z czymkolwiek porównać, to z psychologią stanów pozaosobowych (transpersonalną).


Wtedy to była zupełna nowość. Uderzyła we mnie jak grom z jasnego nieba, bo tłumaczyła, w jaki sposób mam się wziąć za realizację swoich celów. Spróbowałem i okazało się, że działa. Na pierwszy ogień poszło zdrowie. Jedna wizualizacja okazała się skuteczniejsza niż seria zastrzyków! A zastosowanie zasad Huny w komunikacji z uczniami pomagało uzdrowić relację i uzyskać właściwe, pozytywne reakcje z ich strony. To musiało mi się spodobać. Aż wicedyrektorka zapytała mnie kiedyś, w jaki sposób sterroryzowałem chłopaków, bo w jednej z klas, w której miałem zastępstwo, nie udało się dotąd nikomu wyegzekwować ciszy i uwagi. Nie chciała uwierzyć, że odwołałem się do ich ambicji. Zapytała tylko: „Jak takie opóźnione w rozwoju matoły mogą mieć ambicję?”

Dziś (choć mało kto zdaje sobie z tego sprawę) wiedzę Huny stosuje się przede wszystkim w różnych metodach psychoterapii humanistycznej i w kursach motywacyjnych opartych na zasadach współpracy i współtworzenia, a nie dzikiej konkurencji. Bo podstawą Huny jest zasada miłości. Wszystkie inne z niej wynikają.

Jak każda szanująca się wiedza, Huna stara się być uniwersalną. I to się udaje. Posługując się tą wiedzą można robić rzeczy dobre, ale i złe. Bo mechanizmy prowadzące do dobrych i złych uczynków są identyczne. Różnica tkwi w intencjach (nastawieniach). I stąd tak ważne jest odwoływanie się do zasady miłości.

Leszek Żądło to uzdrowiciel, radiesteta, psychotronik z powołania i specjalista od spraw rozwoju duchowego. Od lat zajmuje się prowadzeniem terapii opartej na Hunie, regresingu i medytacji połączonej z modlitwą. Ma na swoim koncie wiele pyblikacji z zakresu metod rozwoju duchowego oraz na temat pamięci poprzednich wcieleń

Huna dała mi wspaniałą, skuteczną i potężną technikę kreacji tego, co chciałem osiągnąć. Dała mi też wiedzę i sposoby na uwalnianie się od wewnętrznych przeszkód w kreacji. Dzięki temu to, co deklarowałem, mogłem wreszcie osiągać! Ale Huna dała mi też coś więcej. Dała możliwość kontaktowania się z Wyższą Inteligencją, którą od czasu do czasu słusznie nam się kojarzy z Intuicją. Dzięki temu zaczęły do mnie trafiać inspiracje, w jaki sposób rozwiązywać nierozwiązywalne dotychczas konflikty, by wszyscy na tym korzystali. Zaczęły docierać inspiracje, jak podnieść jakość swego życia i swoich doświadczeń. Inspiracje z różnych kursów motywacyjnych, a także podszepty znajomych, mają się do tego nijak. Kontakt z Intuicją zapewnia skok jakościowy. Sprawia, że zaczynamy zauważać możliwości osiągania takich celów, jakie nasze otoczenie „z zasady” odrzuca jako niemożliwe. I to jest w tym najfajniejsze!

Dla mnie Huna jest wspaniała, choć nauka jeszcze nie ogarnia możliwości, jakimi ona dysponuje. Może kiedyś, gdy nauka wzniesie się na takie wyżyny, by badać Intuicję, Huna stanie się akceptowana przez świat naukowy. Dla mnie jednak nie ma to najmniejszego znaczenia. Ważne jest to, że działa. I na dodatek działa skutecznie i w pełni przewidywalnie. I cieszę się, że tak samo do Huny podchodzi wielu terapeutów – praktyków.


REKLAMA
Jeśli chce się wykorzystać kilka technik Huny do poprawy jakości swojego życia, może się to udawać przez jakiś czas. Ale przychodzi taki moment, że trzeba wybrać: żyć z taką świadomością, jak dotychczas, albo ją zmienić. Bez zmiany świadomości dalsze postępy stają się niemożliwe. A to dlatego, że nasz świat jest taki, jakim jesteśmy w stanie go sobie wyobrazić. Zmiana naszego świata polega więc w pierwszej kolejności na zmianie naszych wyobrażeń o nim. A to może nastręczać ogromnych trudności, gdy nie znamy metod i zasad Huny, gdy brak nam intuicyjnej inspiracji i zaufania do niej.

Kiedy zmieniamy nasze nastawienie do świata, nasze oczekiwania wobec świata, możemy tę zmianę wykorzystać do kreacji nowych, lepszych warunków życia, do uzdrowienia ciała lub relacji z otoczeniem, albo do zmian w osobowości. Każda świadoma zmiana w naszym życiu wynika ze zmiany naszych nastawień i wyobrażeń o sobie, o świecie i o swojej w nim roli.

Niemożliwe?

A jednak.

Zapewne każdy z nas zna tę zasadę jednostek specjalnych:

„Sprawy trudne załatwiamy od razu, sprawy niemożliwe zajmują nam nieco więcej czasu”.

Możliwe?

Jednak tak. Tylko aby stało się możliwe, najpierw musi się dokonać akt wiary, że to jest możliwe. A potem jeszcze trzeba poznać sposób, w jaki to się robi i... systematycznie ćwiczyć. A Huna daje nam skuteczne sposoby na ćwiczenie, uzdrawianie i kreację. Daje też sposoby uruchamiania i wykorzystywania zdolności parapsychicznych. Jednych to przeraża, zaś inni mają z tego ogromną frajdę.

Huna jest wspaniałą przygodą z sobą samym. Pomaga odkrywać w sobie ogromne możliwości, z których istnienia większość ludzi w ogóle sobie nie zdaje sobie sprawy. Jest więc wspaniałą praktyką dla tych, którzy mają iskierkę odkrywcy.

Odkąd zająłem się Huną, nie zdarzyło mi się nudzić we własnym inteligentnym towarzystwie. Ale wiem, że dla większości ludzi, którzy boją się siebie, którzy umierają ze strachu przed nowym, innym i nieznanym, ta droga jest niedostępna. Oni najpierw powinni przejść przez solidną psychoterapię, by poczuć się bezpiecznie.

Narzędzia Huny są bardzo proste:


REKLAMA
1.Świadoma autosugestia, żeby przekonać podświadomość do celu, jaki chcę osiągnąć (technika afirmacyjna).

2.Rozmowa z podświadomością, żeby dowiedzieć się, czy akceptuje cel, a jeśli nie, to dlaczego? (różne techniki nawiązywania kontaktu z podświadomością).

3.Modlitwa afirmacyjna z wizualizacją – to najpotężniejsza technika kreacji.

4.Medytacja mająca służyć kontaktowi z Wyższym Ja (czym dla chrześcijan jest Duch Św.) i czerpaniu inspiracji i najwyższej jakości.

5.Relaks służący uwalnianiu się od stresu, ale także wchodzeniu w stan medytacyjny.

Praktyka mówi, że jeśli chcemy zajmować się Huną, to gdy jesteśmy konsekwentni, zmieniamy cały swój styl życia. Nie tylko ja wiem, że warto.

Od czego zacząć?

Ja bym radził najpierw przeczytać kilka solidnych książek na temat Huny. One wprowadzają w temat i atmosferę Huny. Choć autorzy niektórych z nich mieszają wiedzę Huny ze swoimi doświadczeniami szamańskimi, z zupełnie innych kultur, to jednak ich książki są inspirujące i niewiele odbiegają od oryginalnej wiedzy przekazywanej przez tysiąclecia, z pokolenia na pokolenie. Poprzez czytanie wchodzimy w atmosferę i ideę przekazu. A to jest ważne, gdyż ci, którzy Hunę stosowali, przekazywali ją przez wiele lat swoim następcom. My jesteśmy wychowani w innym kręgu kulturowym, więc powinniśmy się dobrze wczuć w sens tego, co chcemy poznać i opanować praktycznie.

Po lekturze książek warto udać się na kurs prowadzony przez fachowca. Tam robi się różne ćwiczenia praktyczne, które pomagają w dalszej samodzielnej praktyce.

A skoro już o praktyce mowa, to najważniejszy na początek jest relaks. Warto być cierpliwym ucząc się relaksu. W zależności od poziomu znerwicowania i poczucia zagrożenia przyzwyczajanie się do relaksu może zająć krótki lub długi odcinek czasu. Mnie zajęło ponad rok codziennych ćwiczeń przygotowujących. A polegały one na tym, że chodząc skupiałem uwagę na oddechu i koncentrując się na krokach powtarzałem:

Dob-re wdy-cham, złe wy-dy-cham.

W efekcie bardzo mi się to opłaciło, bo sam relaks ma już właściwości uzdrawiające. Puszczając napięcia, przestajemy zapadać na wiele rożnych chorób.

Gdy uda się opanować relaks, czekają nas ciekawsze zajęcia. Można wtedy próbować rozmawiać z podświadomością, żeby się dowiedzieć, jakie ona ma opinie i poglądy na temat tego, co chcemy osiągnąć. A to ważne, gdyż Huna uczy, że jeśli nasze świadome pragnienia są zgodne z podświadomymi, wówczas się spełniają. Ale jeśli podświadomość się z nimi nie zgadza, wówczas nie ma możliwości spełnienia.

To jednak nie wszystko, gdyż Huna zna doskonałą technikę, która umożliwia uzyskanie nie tylko zgody, ale i zaangażowania podświadomości w realizację naszych planów. Jest to świadoma autosugestia, do której wykorzystujemy afirmacje, czyli pozytywne myśli, które powtarza się tak długo, aż podświadomość się z nimi zgodzi i pójdzie na współpracę. Tę technikę można opanować bez relaksu, ale z relaksem i specjalnymi ćwiczeniami oddechowo-energetyzującymi działa znacznie skuteczniej.

I kiedy wreszcie uda się opanować relaks, możemy zająć się medytacją oraz skuteczną techniką modlitwy. W Hunie jest to skojarzenie wizualizacji (świadomych wyobrażeń) z afirmacjami i odwołaniem się do Wyższej Inteligencji z prośbą o najkorzystniejsze rozwiązanie. To otwarcie wrót do cudów.


Zanim jednak uda się czynić cuda, trzeba przejść przez dość długi okres oczyszczania podświadomości. A to dlatego, żeby mieć lepszy kontakt z Intuicją, żeby się wyzbyć uprzedzeń, zaślepienia, lęków, pożądania i nienawiści.

Wcześniej wspomniałem, że Huna odwołuje się do zasady miłości. Z kolei wszelkie uprzedzenia, a szczególnie negatywne emocje, nie pozwalają nam przejawiać miłości i zaburzają nam relacje z innymi osobami. Dlatego Huna dysponuje specjalnym Rytuałem Kala – oczyszczaniem podświadomości. Ma on kilka etapów i zaczyna się od przebaczenia sobie oraz innym. Ważnym jego elementem jest zadośćuczynienie, które stosuje się zamiast bezsensownej pokuty. Przynosi ono ogromną ulgę i pozwala inaczej – z perspektywy miłości i życzliwości - spojrzeć na siebie i innych. I wtedy możemy się czuć gotowi do pełnego praktykowania Huny.

Oczywiście, że poszczególne techniki Huny możemy stosować i bez tego całego procesu przygotowawczego. Ale wówczas dają one o wiele mniejsze wyniki, choć na pewno warte zachodu (czyli ćwiczeń).

Jak w każdej dziedzinie życia, tak i w Hunie ćwiczenie czyni Mistrzem. A biorąc pod uwagę, że jest to system wiedzy nie zawsze zgodnej z tą, którą wynieśliśmy ze szkoły, trzeba dużo czytać na ten temat, dużo rozmawiać z ludźmi praktykującymi i dużo myśleć na temat systemu wartości Huny. Bo Huna ma swój system wartości, nieco odmienny od tego, do którego przywykliśmy od dzieciństwa.

Przede wszystkim w Hunie jest inne spojrzenie na miłość. Miłość wg Huny to miłe i przyjemne uczucie w sercu. Kiedy takie uczucie czujemy, wtedy mamy prawo powiedzieć, że doświadczamy miłości. Z tym uczuciem w sercu możemy mieć pewność, że to, co wówczas myślimy, jest dobre, korzystne. Kiedy zaś czując miłość pomyślimy coś złego, wówczas natychmiast tracimy miłe i przyjemne uczucie w sercu. I wtedy możemy być pewni, że nie myślimy i nie kierujemy się miłością.

Ale są też osoby, które mimo najszczerszych chęci nie potrafią poczuć miłości. Dla nich jest proste wyjaśnienie, co jest korzystne i związane z miłością, a co nie jest.

Jeśli kieruję się miłością, to tym samym robię to, co jest korzystne i dla mnie i dla innych. Nic własnym kosztem i nic kosztem innych! Zawsze można sobie zadać pytanie: czy ktoś na tym traci? Jeśli ja lub kto inny, wówczas znaczy, że zapomniałem o zasadzie miłości albo do siebie, albo do innych. Jeśli ktoś powołując się na miłość zmusza nas do niekorzystnych decyzji czy działań, to na pewno nie kieruje się miłością, tylko manipuluje nami kierując się samolubstwem. I wtedy mamy prawo odmówić. Bo gdybyśmy się dali w to wkręcić, wówczas zrezygnowalibyśmy ze stosowania zasady miłości wobec siebie. A tu trzeba równo obdarzać miłością i siebie i innych.

Miłość jest najważniejsza. W to wierzy wielu, którzy o Hunie nigdy nie słyszeli. Ale wierzyć, a praktykować, to dwa różne światy, to dwa różne style życia. Praktyka Huny to styl życia z miłością na co dzień