Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataklizmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kataklizmy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 kwietnia 2012

Rekordowe temperatury w Ameryce Polnocnej

Początek wiosny w USA był wyjątkowo gorący. Według danych opublikowanych przez National Climatic Data Center w USA, w niecałe dwa tygodnie w kraju zostało pobite ponad 7 tysięcy rekordów temperatury.

Ocieplenie jest a strefa ciepła jest bardzo obszerna i roztacza się prawie na całym kontynencie. To sugeruje, że anomalne na tą porę roku, warunki pogodowe będą trwać dłużej niż jeden dzień. Rekordowo wysokie temperatury obserwowano nie tylko w dzień, ale i w nocy.

Według niektórych klimatologów tegoroczna fala upałów wspiera teorię, że każdego roku wiosna będzie występować wcześniej. W tym roku zima skończyła się średnio trzy dni wcześniej niż zwykle.

Najwcześniej wiosna przyszła w stanach Montana, Waszyngton, Oregon, Nevada, Utah i Connecticut - w których pierwsze pąki rozkwitły na pięć dni przed zwykłym 15 marca. Na Manhattanie, termometr 22 marca osiągnął 26 stopni Celsjusza i był to rekord zanotowany w czwartym tygodniu marca.

Naukowcy ostrzegają, że przedwczesne ocieplenie nie jest najlepsze i ma wpływ na zdrowie obywateli z przewlekłymi chorobami, głównie alergicznymi. W ciągu ostatniego półwiecza średnia długość sezonu pylenia się wzrosła o jeden do dwóch tygodni.

Zaburzenie przeplywu Pradu Zatokowego

Golfsztrom był już niejednokrotnie odpowiedzialny za powstawnie "małych epok lodowcowych". Ostatnio miało to miejsce w europejskiej części świata na początku XIV wieku. Przyczyną nagłego wychłodzenia było właśnie spowolnienie Prądu Zatokowego. Obecnie naukowcy grożą nadchodzącą nową epoką lodowcową, ale czy warto się tego bać? Skamieniałości dowodzą, że małe okresy glacjalne wielokrotnie atakowały w Europie naszej ery.

W 2010 roku Prąd Zatokowy ponownie przyciągnął uwagę naukowców. Stwierdzono, że ciepły prąd mocno zboczył z kursu i zagraża światowemu globalnemu ociepleniu, i może się przyczynić do powstania nowej epoki lodowcowej. Niektórzy fizycy twierdzą, że obecne spowolnienie Golfsztromu zostało spowodowane przez wyciek ropy w Zatoce Meksykańskiej.



Ropa oddziela granicę między warstwą wody zimnej i ciepłej, w związku z tym przepływy w niektórych miejscach zostały całkowicie zatrzymane, a niektóre z nich są znacznie wolniejsze. Zdołano zniwelować część efektu poprzez wypompowywanie zalegającej ropy, ale nadal wiele oleistej substancji pokrywa dno Zatoki i czasami wypływa słupami ku powierzchni. Nikt nie wie co stanie się w przyszłości z Prądem Zatokowym? Mechanika płynów uczy nas, że strumień zostanie poważnie zaburzony


Być może nie wszyscy wiedzą, że Golfsztrom jest rodzajem rzeki w oceanie. Rzeki, która ciągle zmienia kierunek. Prąd oceaniczny meandruje w oceanie jak wąż i jest ciągle rozdzierany ogromnymi wirami, które naukowcy nazywają pierścieniami. Ta mieszająca się masa wody osiąga średnicę do 300 km, przemierzając ocean unosi ogromne ilości energii i bezpośrednio wpływa na pogodę.

Paniczna ucieczka delfinow

Do niecodziennego i poniekąd niepokojącego zjawiska doszło u wybrzeży Kalifornii, niedaleko miasta Dana Point. Znajdująca się tam grupa naukowców badających walenie zaobserwowała ogromne stado delfinów, gnające w panice przed siebie.

Zwierzęta pędziły z rzadko spotykaną dla siebie prędkością 50 km/h. Jednak nie tylko prędkość z jaką "podróżowały" zwierzęta jest niezwykła, ale również ich liczebność - 2 tysiące osobników! Standardowo delfiny poruszają się w grupach składających się z 12 osobników. Powód dziwnego zachowania ssaków pozostaje zagadką.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Wydana w roku 1998 książka Patricka Geryla, znana u nas pod tytułem Proroctwo Oriona na rok 2012, jak mało która z ostatnich publikacji zrobiła sporo szumu i w wielu krajach, niemal bez pomocy mediów, stała się bestsellerem.

Przypomnijmy krótko: belgijski pisarz twierdzi, że udało mu się odczytać część tzw. Kodeksu drezdeńskiego Majów i znalazł tam apokaliptyczne wieści dla współczesnych Ziemian. Otóż między 19 a 21 grudnia 2012 wybuch słoneczny w postaci potężnej porcji plazmy dosięgnie ziemskie pole magnetyczne, odwróci jego bieguny, a co gorsza za pośrednictwem oddziaływania magnetycznego odwróci również kierunek ruchu wirowego naszej planety. Przebiegunowania magnetyczne wielokrotnie miały miejsce w dziejach naszej planety. Ostatnie zarejestrowano około 180 tysięcy lat temu i nie istnieją ślady, żeby miało to jakieś znaczenie dla życia organicznego. Nie ma też żadnych namacalnych dowodów, aby takie przebiegunowanie zmieniło kierunek obrotu Ziemi - aby Słońce wschodziło na zachodzie, jak to malowniczo opisuje Geryl.
Panikę wywołał fakt, że autor wieszczy związane z przebiegunowaniem klęski: trzęsienia ziemi, wybuchy wszystkich wulkanów jednocześnie, kilkukilometrowej wysokości fale tsunami, wybuch elektrowni atomowych; mówiąc krótko - zagładę niemal całego życia ziemskiego, z wyjątkiem rejonów wskazanych przez niego. Koncept Belga okazał się tak nośny, a oczekiwania, że coś ciekawego w końcu się wydarzy tak silne, że pojawiły się kolejne rozwinięcia rzeczonego proroctwa. Tak więc najpierw u wszystkich niemal znanych proroków - żywych i umarłych - znaleziono jakoby wzmianki świadczące, że oni również przewidywali podobne katastrofy, tyle że nie potrafili podać ich źródła. Dalej posypały się relacje z channelingów, a w nich reinterpretacje odkrycia Geryla. Otóż nie koniec świata, ale nowy początek; nowe poziomy świadomości, przejście w inne wymiary, na inne poziomy wibracji, gęstości i wiele podobnych dywagacji podanych jednak zawsze w formie absolutnych i ostatecznych pewników.

(fot. Czwarty Wymiar)

W miarę zbliżania się do owego ponoć niesamowitego roku, panika wzrosła na tyle, że nawet NASA zdecydowała się wydać oświadczenie: "Ludzie, nie bójcie się, interpretacja kalendarza Majów podana przez Geryla jest błędna, żaden kalendarz nie przewiduje przyszłości". Oświadczenie NASA było równie mętne jak praca Geryla - zawsze można powiedzieć: żaden z wyjątkiem tego właśnie. Świat się więc nie uspokoił. O co tu chodzi? Czy Patrick Geryl jest zręcznym hochsztaplerem, czy może paranoikiem? Odpowiedź nie jest taka prosta, spróbujemy jednak problem rozwikłać. Tu uprzedzę: "optymistyczne" wnioski nie potwierdzą się i koniec świata nie nastąpi. Niewiele ryzykuję, czytelnicy tego artykułu, jeśli się mylę, będą mieli z pewnością większe problemy aniżeli ściganie biednego autora.

Zacznijmy od tego, że przyczyna magnetyzmu ziemskiego jest istotnie nie do końca poznana. Pierwotnie do około 1900 roku sądzono, że sprawa jest prosta - jądro ziemskie składa się z ferromagnetyków, z triady żelazowców (żelazo, kobalt, nikiel) i jakoś się namagnesowało. Niestety, znany nam skądinąd Piotr Curie odkrył, że każdy ferromagnetyk (potencjalny magnes) traci w określonej, i to niezbyt wysokiej temperaturze swoje własności magnetyczne. We wnętrzu Ziemi temperatura jest z pewnością wyższa od temperatury tzw. punktu Curie. Obecnie za najbardziej prawdopodobną przyjmuje się teorię geodynama. Najprościej rzecz ujmując: prądy konwekcyjne w płynnym jądrze Ziemi indukują pole magnetyczne. Innymi słowy, ogromne masy poruszających się wraz ze stopioną materią ładunków elektrycznych tworzą pole magnetyczne - taki bardziej skomplikowany elektromagnes. Jako że mamy do czynienia ze stopioną materią o różnym stopniu lepkości, ruch nie jest zbyt uporządkowany, stąd bieguny ziemskiego elektromagnesu cały czas wędrują, a wartość natężenia ziemskiego pola magnetycznego zmienia się.

Oczywiście ziemskie pole magnetyczne sięga w kosmos, czego wizualnym skutkiem są choćby zorze polarne, i oddziałuje ze zjonizowanymi cząstkami przybywającymi między innymi ze Słońca. Ma to niekiedy znaczny wpływ na propagacje fal radiowych, potocznie mówiąc, wywołuje zakłócenia. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby nawet najpotężniejsze masy zjonizowanej plazmy "chwyciły" ziemskie pole magnetyczne za jego pozaziemskie linie i obróciły dokładnie o 180 stopni całe ziemskie jądro, a z nim resztę planety. Do tego, wedle Geryla, miało się tak zdarzać dokładnie co 11 500 lat za sprawą jakiegoś tajemniczego słonecznego zegara, o którym jakoby wiedzieli Majowie.

Idźmy więc do owych Majów, a dokładniej do przypisywanego im dokumentu - Kodeksu drezdeńskiego, który wzbudził takie zainteresowanie Geryla i rozpętał całą aferę. I tu rozpoczyna się sprawa natury wręcz kryminalnej. Otóż z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością ów słynny kodeks jest fałszerstwem, a może delikatniej mówiąc żartem, i to nie byle kogo, bo najtęższych ponoć umysłów początku XIX wieku: Aleksandra von Humboldta - drugiego Leonarda da Vinci i Carla Fredricha Gaussa - księcia matematyków, fizyka, który pierwszy zmierzył wartość natężenia ziemskiego pola magnetycznego. Zacznijmy od tego, że obaj panowie się znali, przyjaźnili i współpracowali. Do tej wyśmienitej pary zaryzykuję dodać równie wielkiego starszego brata Aleksandra - Wilhelma - językoznawcę i archeologa. Nawiasem mówiąc, największa wyższa uczelnia naszych zachodnich sąsiadów - uniwersytet w Berlinie nosi właśnie imię braci Humboldtów.

(fot. Czwarty Wymiar)

Wróćmy do Kodeksu. Oficjalna historia głosi, że został on przysłany w roku 1519 przez Ferdynanda Corteza królowi Hiszpanii, a jednocześnie cesarzowi Rzeszy Karolowi. Pierwszy haczyk: skąd Cortez zdobył w roku 1519 kodeks Majów, skoro w ogóle nie było go wtedy na obszarach, gdzie znajdują się pozostałości tej kultury? Po wylądowaniu na kontynencie, nie wiedząc o tym, że w dżungli, którą ma 100 kilometrów za plecami, są jakieś cenne zabytki, ruszył na północny zachód, w stronę Tenochtitlanu, tj. dzisiejszego miasta Meksyk. Data mogła chyba wziąć się stąd, że miało to stać się przed rzekomym niszczeniem kodeksów Majów (?) przez duchownych hiszpańskich w 1521 roku. Dziś również wiadomo, że żaden duchowny hiszpański nie mógł w 1521 roku palić żadnych kodeksów majańskich, bo nic o takich nie wiedział.

Idźmy dalej. Jako że cesarz Karol przebywał często w Wiedniu, za jego sprawą rzeczony Kodeks miał się tam znaleźć. W roku 1739 nabył go ponoć od jakiegoś, jak zwykle w takich przypadkach, tajemniczego prywatnego człowieka dyrektor królewskiej biblioteki Saksonii, Johann Christian Goetze. Następnie dzieło miało trafić w roku 1744 do Drezna. O tych ostatnich faktach dowiedzieliśmy się dzięki wspomnianemu już Aleksandrowi von Humboldtowi, który w jednym z tomów atlasu publikowanego w latach 1805-1829, powstałego w oparciu o jego podróże, udostępnił pięć stron Kodeksu.

Kolejna publikacja była dziełem archeologa i językoznawcy Edwarda Kinga. King przypisał jednak Kodeks drezdeński nie Majom, a Aztekom. W 1829 roku orzeczono jednak, że jest to dzieło Majów. Potem ukazało się kilka czarno-białych edycji, ostatnia z tekstem niemieckim w roku 1901. Obecnie Kodeks drezdeński jest praktycznie niedostępny z powodu uszkodzeń, jakich miał doznać w czasie bombardowania Drezna. Zamknięto go w szklanej gablocie, a dociekliwi zwykle uczeni niemieccy jakoś w ogóle nie interesują się nim. Ostatnią poważną pracę na jego temat wydał w roku 1972 pasjonat starych druków i księgarz Eric Thompson.


Trudno orzec, czy Geryl dotarł do niemieckiego wydania z 1901 roku, czy do pracy Thompsona. Czegóż mógł się z nich dowiedzieć? Otóż kodeks nie jest Kodeksem, ale pasem papieru w formie sześćdziesięciostronicowej harmonijki, to tzw. leporello. Ów papier zrobiony jest z kory drzewa z rodzaju fikus. Problem w tym, że żaden z około 1200 gatunków z rodzaju fikus w Ameryce nie występuje, a dokładnie nie występował, dopóki nie został tam przywieziony przez Europejczyków. Obecnie jego plantacje spotkać można w Meksyku, Kalifornii i na Florydzie. Rośnie tam również w formach zdziczałych. Żeby nie było nieporozumień - Kodeks drezdeński miał powstać w latach 1200-1250, a więc na długo przed przybyciem Europejczyków. Ten figowy papier pokryty jest ponoć stiukiem z wapna palonego (jak to się trzyma?). Na stronach kodeksu znajdują się kolorowe obrazki i glify w trzech jakoby językach: nahuatl, tj. azteckim, współczesnym języku Majów, chyba yucatec maja i języku Majów klasycznych tj. tych właśnie od wielkiej cywilizacji mezoamerykańskiej. Teoretycznie możliwe jest, że klasyczni Majowie w 1200 roku znali język nahuatl, choć języki majańskie mają się do języka azteckiego jak polski do chińskiego, a Tenochtitlan założyli Aztekowie dopiero w 1325 roku.

W wieku XV i XVI nahuatl jako język władców imperium azteckiego powszechnie znano w Ameryce Środkowej. W roku 1803, kiedy to Aleksander von Humboldt zwiedzał Meksyk, był drugim po hiszpańskim językiem tego kraju. Już w XVI wieku przetłumaczono na nahuatl Pismo Święte, pisano w nim kazania i publikowano literaturę, głównie katolicką. Od XVI wieku zgodnie z zaleceniem cesarza Karola był on językiem misjonarzy. O ile więc Majowie jako wielcy mędrcy i erudyci mogli znać język jakiegoś koczowniczego plemienia odległego od ich siedzib prawie 2 tysiące kilometrów, o tyle znajomość przez nich współczesnego Humboldtowi języka maja jest już skrajną niedorzecznością. Jak dzisiaj wiemy, a nie wiedział tego Humboldt, klasyczni Majowie mówili językiem cholo - istotnie z rodziny majańskiej, który ma się tak do współczesnego maja, jak klasyczna greka Homera do współczesnego języka greckiego. Owe dwa języki majańskie rozdzieliły się około 1200 lat p.n.e., a więc 3 tysiące lat przed wizytą Humboldta w Meksyku. Jeśli przyjmiemy więc, że Homer znał współczesną grekę, to możemy również przyjąć, że klasyczni Majowie znali język swojego jakoby Kodeksu. Trzeci język Kodeksu drezdeńskiego to glify ponoć języka klasycznych Majów, a tak naprawdę różnorodne glify mezoamerykańskie, z których wyczytać można wszystko, nawet jutrzejszą prognozę pogody.

Czytelnik niewątpliwie zauważy, że wszędzie tam, gdzie mowa jest o piśmie Majów, używa się terminu glif, który może oznaczać graficzną formę: głoski, sylaby, słowa itp. Glifem jest nie tylko litera, ale także znak drogowy. Kilkakrotnie uważano już, że umiemy odczytać glify Majów, choć znajdują się tylko w czterech wątpliwych kodeksach i wielu bardzo krótkich inskrypcjach. Zawsze okazywało się jednak, że głoska, która wydawała się przyporządkowana jakiemuś glifowi lub glifom, może mieć jakiś inny glif, i tak w kółko Macieju. W czasach Humboldta panował pewien optymizm. Jeśli to on sporządził ów trzeci zapis, to mógł wyobrażać sobie, że notuje tam coś sensownego. Glify Majów oficjalnie jako pierwszy odczytał E. Forsteman w 1887 roku. Przed nim i po nim byli inni "pierwsi".

Przejdźmy teraz do treści, którą istotnie da się odczytać. Otóż są tam obliczenia astronomiczne, opisy obrzędów religijnych, tabele zaćmień Słońca i Księżyca, ruchy planety Wenus, opisy gwiazdozbiorów oraz zapiski rolnicze i medyczne. Dane liczbowe stanowią najsilniejszą stronę Kodeksu, ponieważ zapisano je systemem wspólnym dla wszystkich chyba kultur mezoamerykańskich od czasu Olmeków - prostą metodą kropek i kresek. Postawmy teraz dwa pytania.
Czy Patrick Geryl mógł z Kodeksu drezdeńskiego wywieść datę 21.12.2012? Czy w Kodeksie drezdeńskim mogły być jakieś sugestie dotyczące magnetyzmu?

Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi - tak. Zrobiono to już wcześniej. W roku 1975 Frank Walters, w tym samym roku bracia McKennowie z dodatkiem pewnej porcji mistycyzmu, Jose Argüelles w 1987 roku i tuż przed Gerylem John M. Jenkins w roku 1995. Koncept potrójnego kalendarza: kultowego (260 dni), słonecznego (365 dni) i tak zwanej długiej rachuby (ponoć od 3114 roku p.n.e.) był powszechnie znany wśród różnych ludów Ameryki Środkowej. Nie ma żadnego dowodu, że te trzy systemy lub choćby tylko jeden wymyślili klasyczni Majowie. Prawdopodobnie wszystkie powstały zupełnie odrębnie. Chcąc otrzymać ową magiczną datę 21.12.2012 - tak naprawdę przybliżoną - trzeba skompilować trzy systemy. Wyobraźmy więc sobie, że do roku liczonego od narodzin Chrystusa dodajemy rok ucieczki Mahometa, potem odejmujemy liczbę lat od założenia Rzymu znów do narodzin Chrystusa i otrzymujemy datę końca świata. Proste? Tak w przybliżeniu zrobił Patrick Geryl i jego poprzednicy. Dokładny sposób wyliczeń znajdzie czytelnik na niemal każdej stronie internetowej poświęconej tajemnicy roku 2012. Geryl mógł istotnie dowiedzieć się o kalendarzach z Kodeksu drezdeńskiego. Aleksander von Humboldt też je znał.

Co do drugiego pytania, tu odpowiedź jest również twierdząca. Wszystkie opisane w Kodeksie drezdeńskim zagadnienia pozostawały w sferze zainteresowania Humboldta i Gaussa. W roku 1809 ukazała się np. wielka praca tego ostatniego Teoria ciał niebieskich obiegających Słońce po orbitach stożkowych. Jeśli przyjmiemy, że tym żartownisiem był istotnie Aleksander von Humboldt, to na koniec przeprowadźmy krótkie śledztwo, aby dowiedzieć się, jak do tego doszło. Przenieśmy się do roku 1805. Rok wcześniej zmarł w Lyonie teolog i antykwariusz kardynał Stefano Borgia. Wielki pasjonat starożytności już za życia dopuścił do swoich zbiorów różnych badaczy. Po jego śmierci manuskrypty zostały spisane i rozdzielone. Badaniem owego zbioru zajmował się między innymi Aleksander von Humboldt i on to w roku 1805 dokonał największego dotąd odkrycia w badaniach kultur mezoamerykańskich - odnalazł ogromny kodeks aztecki zwany dziś Kodeksem Borgia. Dzieło wykonane jest ze skóry zwierzęcej, ma 76 stron i prawie 11 metrów długości, a napisane jest znakami języka nahuatl. Właściwie wszystkie sensowne informacje kalendarzowe i astronomiczne z Kodeksu drezdeńskiego są w Kodeksie Borgia. Podobnie jest z całą ikonografią i treściami religijno-magicznymi.

Datowany na XV wiek Kodeks Borgia znajduje się w Bibliotece Watykańskiej i każdy naukowiec ma do niego dostęp. Faktycznie istniejący Kodeks Borgia mógł być więc inspiracją i źródłem wiedzy dla Aleksandra von Humboldta. Jaki był jednak powód żartu? Z pewnością nie oczekiwanie sławy lub pieniędzy. Aleksander, tak jak i jego brat, był już dostatecznie sławny i chyba tu jest przyczyna: rodzaj pychy. Bracia von Humboldt i Carl Friedrich Gauss byli w roku 1810 półbogami, a dokładniej w sensie intelektualnym za takich się uważali. Gauss lubował się w różnego rodzaju łamigłówkach i zagadkach. Stąd już tylko krok, aby wykonać leporello (Kodeks drezdeński) na wzór zabawki służącego Don Giovanniego z mozartowskiej opery komicznej po to, aby zagrać potomnym na nosie, mając na myśli słowa innego swojego ulubieńca Figara: Udawać, że się nie wie tego, co się wie, że się wie wszystko, czego się nie wie, że się rozumie to, czego się nie pojmuje... często, jako największy sekret ukrywać, że nie ma żadnego.

Ziemia bez ludzi zregeneruje sie po 1000 latach

Brytyjscy ekolodzy badający od

działywanie człowieka na środowisko wykazali, że w przypadku całkowitego zniknięcia ludzi, planeta otrzyma swój pierwotny wygląd już po 1000 lat. Gdyby coś takiego miało miejsce po zaledwie 2 milionach lat na Ziemi nie byłoby żadnych śladów ludzkiej egzystencji.

Dowolny materiał na naszej planecie jest podatny na rozkład, prędzej czy później, wszystkie budynki i obiekty bez odpowiedniej opieki padną w zapomnienie. Nawet plastikowe śmieci, które są uznawane za jedne z elementów nieulegających rozkładowi, nie są odporne na działanie promieni słonecznych oraz wahania temperatury.

W przypadku braku interwencji człowieka, pożary lasów rozprzestrzenią się tak, że zniszczy to wiele śladów ludzkiej egzystencji. Teraz świat ma około 6 miliardów ludzi. Tak duża liczba ludzi może powstrzymać siły natury, dostosowując ją do swoich potrzeb. Ale jeśli na świecie populacja zostanie zredukowana do zera, natura przejmie inicjatywę, usuwając wszelkie ślady ludzkiej egzystencji.

Wcześniej astrofizycy z brytyjskiego University of Sussex obliczyli, że za ponad 7,6 miliarda lat Ziemia pogrąży się w oceanie gorącej plazmy, gdy Słonce stanie się czerwonym olbrzymem. Naukowcy wykonywali symulacje na superszybkim komputerze i obliczenia wykazały, że nasza planeta jest skazana.

Winowajcą okazuje się być rozpalona atmosfera czerwonego olbrzyma, która wykracza daleko poza jego widzialną powierzchnię. Ziemia znajdzie się w chmurze gazu o bardzo niskiej gęstości. Jest to jednak wystarczający faktor zmiany. Ze względu na siły pływowe wywołane przez przyciąganie planety znajdującej się najbliżej niej po stronie Słońca utworzą obrzęk, w którym ostatecznie Ziemia będzie latać i paruje, kończąc jej istnienie.

Wielki obiekt w koronie Slonca

W 2012 roku moze dojsc do duzego rozblysku slonecznedgo



Astrofizycy nazywają to wydarzeniem carringtońskim. Przypomnijmy, że w 1859 roku, astronom, od którego nazwiska nazwano później ten incydent, znalazł dziwne plamy na Słońcu. Carrington był świadkiem ogromnego rozbłysku. Napór cząstek ze Słońca był tak ogromny, że zaindukowały się linie telegraficzne na całym świecie. Teraz może dojść do podobnego incydentu jak ten z 1859 roku.

Wydarzenie carringtońskie miało miejsce niewiele ponad 150 lat temu, jednak ta historia może się powtórzyć w niedalekiej przyszłości. Carrington obserwował ogromne plamy słoneczne za pomocą metody polegającej na rzucaniu obrazu tarczy słonecznej na biały ekran. Następnie szkicował kształty plam starając się dokumentować ich ewolucję w czasie.

W pewnym momencie zauważył blask, który w szczytowym momencie przesłonił jasność tarczy słonecznej, ale po chwili zanikł. Carrington zasugerował, że na powierzchni Słońca doszło do dwóch ogromnych rozbłysków i miał rację.

Była godzina 20: 00, robiło się już ciemno, gdy nagle w całej Ameryce nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Niebo pokazało piękną zorzę polarną w różnych kolorach, a ludzie ze zdziwieniem obserwowali zjawisko, którego wcześniej nigdy nie widzieli. Jednak piękno blasku nocy było zapowiedzią kłopotów.



Nagle, na terenie całej Ameryki Północnej spaliły się wszystkie urządzenia telegraficzne, ale zawiodły też inne urządzenia elektryczne. Pierwsze magnetometry, jakie działały na Ziemi wyszły poza skale, a następnie natychmiast się zepsuły. Zjawisko odległej jesiennej nocy w 1859 roku na zawsze pozostanie w historii, jako pierwszy w historii przypadek doświadczenia niszczycielskiej siły Słońca na Ziemi. Historia zna wystarczająco dużo szczegółów na temat tego dnia.

Rozbłyski słoneczne są dość zwyczajnymi wydarzeniami. Wysyłane na Ziemię potężne impulsy elektromagnetyczne doprowadzają do burz magnetycznych, koronalne wyrzuty masy, zwykle towarzyszące rozbłyskom, są teraz w stanie spowodować nieodwracalne szkody dla zaawansowanej cywilizacji. Pole magnetyczne Ziemi, 150 lat temu, poradziło sobie z uderzeniem plazmy, jednak w tamtych czasach świat nie był tak uzależniony od energii elektrycznej jak dzisiaj.

Co można spowodować wydarzenie wielkości porównywalnej z tą z 1859 roku, kiedy ludzkość bez zasilania nie może praktycznie istnieć? W ciągu dziesięciu minut spali wszystkie generatory, które wytwarzają energię elektryczną, a wraz z nimi i wszystkie inne urządzenia elektryczne i komputery. Ucierpi telekomunikacja i transport.


Ze względu na fakt, że bez prądu pozostanie cały przemysł, naprawienie lub wymiana na nowe generatorów może trwać latami. Świat pogrążyłby się w chaosie, zrealizowałby się jeden z najgorszych scenariuszy. Uniknięcie skutków takiego hiper-rozbłysku jest niemożliwe, ponieważ pole magnetyczne może poradzić sobie ze zjawiskami do pewnej siły, tym bardziej, że nawet najbardziej drobne rozbłyski mogą doprowadzić do burz magnetycznych.

Czy wydarzenie carringtońskie może mieć miejsce w 2012 roku? W lecie, jesienią tego roku, astronomowie przewidują najsilniejsze rozbłyski słoneczne i natężenie emisji, które może prowadzić do nieprzewidywalnych skutków, ponieważ efektów tych emisji nie da się do końca przewidzieć. Świat bez elektryczności, bez Internetu i zdobyczy cywilizacyjnych byłby diametralnie różny od tego, jaki znamy, na co dzień. Zrozumienie zagrożenia i przygotowanie się na nieuniknione zjawiska jak to z XIX wieku jest w tej chwili kluczowe. Nadal jednak powszechna ignorancja bierze górę i zagrożenia słoneczne nie są traktowane z należytą starannością.

Leszek Weres - Czy swiatu grozi zaglada?





Mega tzresienie w USA?

Już od dłuższego czasu spekuluje się na temat możliwości wystąpienia gigantycznego trzęsienia ziemi na zachodzie USA. Naukowcy przewidują, że takie trzęsienie, wcześniej czy później, będzie musiało mieć miejsce. Jaka będzie siła tego trzęsienia nie wiadomo, ale będzie ono na pewno co najmniej porównywalne z tymi, które ostatnio nawiedziły Japonię i Chile, ale może być jeszcze bardziej katastrofalne w skutkach.
 
Ostatnia seria niezwykłych zdarzeń, na zachodnim wybrzeżu USA, trwająca już kilka miesięcy, wzbudziła obawy tak naukowców, jak i mieszkańców tamtych regionów, iż trzęsienie takie może mieć miejsce w bardzo bliskiej przyszłości.
Najpierw odkryto pola lawy z podmorskiego wybuchu u wybrzeży Oregonu, przy czym zanotowano setki niedużych wstrząsów podwodnych. Proces ten trwa nieprzerwanie już od sierpnia 2011 roku i wydaje się nasilać (link). Kilka dni później, w południowej części Kalifornii, w San Diego, mieszkańcy całego regionu zaczęli wydzwaniać pod numer 911, aby zgłosić zapach "płonącej ropy naftowej" (link). Następnie wzgórza Side Hill / Santa Barbara (na północ od Los Angeles) zaczęły się "dymić", sprawiając wrażenie jakby całe od spodu się paliły (link).
Na wzgórzach Pisgah, leżących na linii łączącej Oregon ze stanem Waszyngton, ukazały się tajemnicze pióropusze dymu, które zaczęły się coraz intensywniej podnosić z tamtejszych pokładów lawy.  W połowie lutego br. Baja California została nawiedzona przez serię trzęsień ziemi, z których największe miało siłę 6,0 Richtera (link).
Wszystkie te zdarzenia wskazują na nieustannie wzmagające się procesy sejsmiczne, w pasmie uskoku San Andreas, na którym leżą zachodnie stany USA. Procesy te mogą być zapowiedzią przewidywanej już od jakiegoś czasu katastrofy w tym regionie.

czwartek, 15 marca 2012

Paniczna ucieczka delfinow

Do niecodziennego i poniekąd niepokojącego zjawiska doszło u wybrzeży Kalifornii, niedaleko miasta Dana Point. Znajdująca się tam grupa naukowców badających walenie zaobserwowała ogromne stado delfinów, gnające w panice przed siebie.


Zwierzęta pędziły z rzadko spotykaną dla siebie prędkością 50 km/h. Jednak nie tylko prędkość z jaką "podróżowały" zwierzęta jest niezwykła, ale również ich liczebność - 2 tysiące osobników! Standardowo delfiny poruszają się w grupach składających się z 12 osobników. Powód dziwnego zachowania ssaków pozostaje zagadką. 

środa, 1 lutego 2012

Amerykanie przeprowadzą wielkie ćwiczenia w okolicy uskoku New Madrid



Ryzyko wystąpienia silnego trzęsienia ziemi w okolicy uskoku New Madrid w środkowych Stanach Zjednoczonych musi być duże, bo władza poważnie podchodzi do swych obowiązków w postaci przygotowania obywateli do tego, co nieuchronnie nadejdzie.




Władze boją się powtórzenia sytuacji z lat 1811-1812 kiedy doszło tam do czterech wielkich trzęsień ziemi. Były to najsilniejsze zjawiska sejsmiczne zarejestrowane we wschodnich Stanach Zjednoczonych. Oczywiście uskok w pobliżu miasta New Madrid jest aktywny znacznie dłużej, tylko wcześniej nikt nie prowadził tam obserwacji.

Dnia 16 grudnia 1811 roku doszło do silnego trzęsienia ziemi o magnitudzie szacowanej między 7 a 8 stopni w skali Richtera. Wstrząs miał miejsce o 8:45 UTC a już w sześć godzin później w tym samym miejscu doszło do wstrząsu wtórnego o sile przynajmniej dorównującej temu, który był uważany za główny. Trzęsienie było mocno odczuwalne na obszarze 130 000 kilometrów kwadratowych.

Już następnego roku, czyli 23 stycznia 1812 doszło tam do kolejnego trzęsienia ziemi o magnitudzie powyżej 7 stopni w skali Richtera. Ostatnia duża aktywność tam zarejestrowana to ponad 7,4 stopnia z 7 lutego 1812. Te wstrząsy zburzyły miasto New Madrid. Od tego czasu było tam średnie trzęsienie ziemi o magnitudzie 6,6 stopnia, do którego doszło pod koniec XIX wieku. Można powiedzieć, że tyka tam swoista bomba zegarowa.

Gęstość zaludnienia i zabudowy, jaka występuje aktualnie w obrębie uskoku New Madrid jest znacznie większa niż w latach 1811-1812. Gdyby doszło do takiego zjawiska w czasach dzisiejszych mogłoby to się skończyć tragicznie. Amerykanie w marcu zeszłego roku zobaczyli na własne oczy jak ważne dla Japonii były regularne szkolenia i opracowane plany postępowania na wypadek trzęsienia ziemi. W końcu zrozumiano, że czas bez większego wstrząsu w obszarze New Madrid może się kończyć. Szkolenia pozwolą zminimalizować ryzyko wystąpienia chaosu i paniki na większą skalę.

czwartek, 15 grudnia 2011

Naukowcy zapowiadaja zalanie czesci Nowego Jorku



Według najnowszego raportu meteorologów, podnoszenie się poziomu morza spowodowane przez zmiany klimatu może spowodować zalanie części Nowego Jorku. Jedna trzecia miasta może być pod wodą, gdyby na miasto zszedł huragan typu tegorocznego Irene.




Ze względu na zmiany klimatu dolny Manhattan stał się jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w mieście, ponieważ większość z niego może być pod wodą.

"Ryzyko powodzi jest wysokie, a konsekwencje mogą być ogromne" - powiedział Art deGaetano, naukowiec z Cornell University i główny autor badania ClimAID. "Jest już jasne, że wiele obszarów miasta może stać się całkowicie niezdolna do zamieszkania."

Według naukowców, silny system burzowy mógłby spowodować uszkodzenia struktur podziemnych jak metro, a także niekorzystnie wpływać na działanie lotnisk, La Guardia i Kennediego, usytuowanych na poziomie morza.



Raport opublikowany przez Stanowy Urząd Badań i Rozwoju Miasta, wyjaśnia, że ​​ze względu na rosnący poziom wody, oraz ze względu na zmiany w systemach pogody Nowy Jork będzie narażony już na początku następnej dekady.



Biorąc pod uwagę aktywne topnienie lodu na Antarktydzie, poziom wody na Manhattanie i Long Island wzrośnie o więcej niż 10 cm do roku 2050 poziom wody sięgnie 2,5 m, a do roku 2080, 4,5 m, jeśli obecne warunki utrzymają się.

wtorek, 15 listopada 2011

Zagrozenie radioaktywne

Radioaktywne deszcze w Australii!
Pomiar został wykonany metodą zalecaną przez niezależnych badaczy amerykańskich – woda pochodzi z przedniej szyby samochodowej. Zmoczony kawałek papieru wykazuje bardzo wysoki poziom skażenia. Ciekawe jest to, że występuje to tylko w przypadku deszczów z północy, gdzie jest pustynia. Autor pomiarów twierdzi, że kolejne pomiary wykazują coraz większe skażenie. Maksymalny pomiar w tym przypadku wykazał 5,49 mikrosiwertów/godz, ale inne pomiary wykazały nawet 8,5 mikrosiwerta/godz. Skażenie nie trwało długo, po 11 godzinach poziom spadł do normalnego, co wskazuje na to, że przyczyną są izotopy o krótkim czasie rozpadu. Dowodzi to też tego, że nie są to opady z chmur skażonych przez Fukushimę. Czyżby Australijczyków depopulowano za pomocą skażonych smug chemicznych? A może Australijski rząd testuje broń jądrową?
St. Louis, Missouri – 270 krotnie większe skażenie ponad normę
Nie można mieć wątpliwości, że pomiar jest wiarygodny, chyba że dokonujący go z premedytacja skaził czymś wodę na oknie samochodu, z której pobrano próbkę. Ponieważ podobne obserwacje są dokonywane przez innych użytkowników YouTube można być pewnym, że w USA są radioaktywne deszcze. Sytuacja wcale się nie poprawia, wyniki pomiarów wskazują na to, że kolejne deszcze są coraz bardzie skażone. Deszczówka wnika w ziemię powodując skażenie wód gruntowych, warzyw, owoców i zwierząt, które to spożywają.
Warto by przeprowadzić podobne pomiary w Polsce. Sytuacja na pewno nie będzie tak zła jak w USA, ale z dużą dozą pewności można założyć, że skażenie promieniotwórcze nas nie ominie.
Skażenie z opadów deszczu 2.7 mR/hr jest najwyższe jakie autor kanału kiedykolwiek zanotował.
Prof. Chris Busby: suplementy mogą zablokować efekty promieniowania. Bałtyk jest skażony!
Do dokładnego tekstu odsyłam do opisu pod nagraniem na YouTube. tu skrót:
Były sekretarz naukowy Europejskiego Komitetu d.s. Zagrożenia Radiologicznego, prof. Chris Busby ostrzega, że skażenie radioaktywne na terenie Japonii jest bardzo poważne. Szczególnie groźne są izotopy uranu, plutonu i stront-90. Zaleca natychmiastową ewakuację, w pierwszej kolejności dzieci. Powierzchnia gruntu jest skażona w wysokim stopniu – pokazują to pomiary filtrów powietrza w samochodach. To skażenie dostaje się do organizmów poprzez wdychanie pyłu. Jeśli niemożliwa jest ewakuacja, to zalecana jest redukcja radionuklidów, które mogą się dostać do DNA. Można to osiągnąć poprzez zwiększenie koncentracji wapna w organizmie. Wapno stabilizuje bowiem fosforanowy szkielet DNA (phosphate backbone), utrzyma poziom równowagi  radionuklidów takich jak stront, uran i pluton.
W podobny sposób blokuje się przedostawanie radioaktywnego jodu do organizmu poprzez nasycenie tarczycy zwykłym jodem.Tabletki z wapnem i magnezem można dostać w zwykłych sklepach bez recepty i są całkowicie bezpieczne. Dawka dla dorosłego wynosi 800mg wapna i 350mg magnezu dziennie. Dla dziecka dawki są proporcjonalnie mniejsze w zależności od jego wagi. Jedno jest pewne – możesz w ten sposób uratować życie.
Pojedyncza dawka promieniowania powyzej 2000 milisiwertów (200,000 miliremów) powoduje poważne komplikacje zdrowotne. Prof. Busby monitoruje to co się dzieje w Anglii – wykrytych tam po katastrofie Fukushima izotopów plutonu było tak mało, że praktycznie nie ma zagrożenia dla zdrowia. Morze Irlandzkie i Aberystywth są skażone w części północnej, z uwagi na tzw. efekt Sellafield.
Najbardziej skażonym morzem na świecie jest Bałtyk, który zawiera dużo cezu-137 po katastrofie w Czarnobylu, opadach z broni nuklearnych oraz ze szwedzkiej elektrowni atomowej Studsvik. Radioaktywność wody w Bałtyku wynosi 100,000 Bq/m2.
Choroba radiacyjna obniżająca odporność się rozszerza
Tokijska gazeta Shinbun donosi, że w mieście Koriyama w prefekturze Fukushima, 50 km od elektrowni atomowej, u wielu dzieci występują krwawienia z nosa, rozwolnienia i utrata energii.
jak przykład podana jest 6-letnia dziewczynka, która krwawiła z nosa codziennie przez 3 tygodnie kwietnia. Przez tydzień krwawienia występowały z obu dziurek. Jej 2 letni braciszek też krwawił od końca kwietnia aż do maja. Trudno ocenić czy to krwawienie wynikało ze zwiększonego poziomu promieniowania, czy też np. z pyłków kwiatowych. Aby to ustalić należałoby zrobić testy na zawartość białych ciał we krwi. Lekarze zalecają regularne badania i gromadzenie danych na ten temat.
Promieniowanie jonizujące ma zgubny efekt na system immunologiczny organizmu, szczególnie w przypadku pochłonięcia dużych dawek w krótkim okresie czasu. Pierwszym charakterystycznym objawem jest duża utrata limfocytów. Zaburzony zostaje też balans flory bakteryjnej wewnątrz przewodu pokarmowego, co w efekcie może spowodować bakteremię, której skutkiem może być śmierć.
Organizm nie potrafi się bronić przed skażeniami szkodliwych mikroorganizmów, co może prowadzić do zabójczych infekcji.
Odporność immunologiczna może być też poważnie osłabiona w przypadku gdy napromieniowanie nastąpi na krótko przed wstrzyknięciem antygenu. Natomiast długotrwałe promieniowanie o niskim natężeniu nie powoduje zauważalnego spadku odporności immunologicznej. Czynne uodpornianie powinno mieć miejsce na długo przed napromieniowaniem organizmu, a po skażeniu dużymi dawkami należy natychmiast podjąć odpowiednie leczenie.
Tajemnicza choroba zabija foki na Alasce
Nieznany wirus powoduje u fok obrączkowanych (ringed seal) liczne rany krwawiące. W lipcu znaleziono pierwsze martwe na arktycznym wybrzeżu Alaski, od tego czasu ilość zdechłych fok się tylko powiększa. Przypuszcza się, że choroba powodowana jest przez nieznany wirus. Objawia się powstawaniem ran krwawiących na płetwach, utratą futra oraz podrażnieniem skóry w okolicach nosa i oczu.
Foki obrączkowane zazwyczaj nie wypływają na brzeg, zatem samo ich pojawienie się tam jest dziwne.
Wiadomo, że jak na razie zdechło 46 fok, a kolejne 150 choruje. Przypuszcza się, że chorych może być 600 sztuk gatunku który już jest zagrożony, bowiem ocenia się, że ilość fok w całym Pacyfiku wynosi tylko 100,000. Tajemnicze zjawisko jest obecnie badane.
W artykule nie rozpatruje się w ogóle możliwości skażenia radioaktywnego, na które foki mogą być szczególnie wrażliwe.

wtorek, 1 listopada 2011



W południowym Teksasie kilka dni temu miało miejsce trzęsienie ziemi o magnitudzie 4.6 w skali Richtera. Nie byłoby w tym nic ciekawego gdyby nieciągnąca się nić podejrzeń łącząca wykorzystanie technologii szczelinowania hydraulicznego a fakt występowania w następstwie trzęsień ziemi.

Na terenie USA znajduje się wiele obszarów na terenie, których prowadzi się eksploatację gazu łupkowego. Warto patrzyć uważnie na długofalowe skutki stosowania technologii hydraulicznych. Podstawowym problemem, przed jakim staje tego typu przemysł wydobywczy to składowanie wykorzystanej w procesach technologicznych wody. Jest ona wprowadzana pod wysokim ciśnieniem wewnątrz gruntu i w jej wyniku następuje pękanie warstw łupków. W efekcie po odpompowaniu wody daje się też uzyskiwać gaz oraz w niektórych przypadkach ropę naftową.

Technologia jest zachwalana, jako bezpieczna niemal jak GMO, jednak są poważne wątpliwości związane z jej wpływem na środowisko. Pełną toksycznych substancji wodę ostatecznie wtłacza się najczęściej pod ziemię i tak pozostawia. W kilku lokalizacjach w USA dochodzi do sytuacji, gdy gaz pojawia się w wodach gruntowych. Taka sytuacja może spowodować dosłownie pożar studni lub kranu z wodą.

Co gorsza jest, co najmniej kilkanaście lokalizacji w USA, które w wyniku długotrwałego szczelinowania doświadczają rojów trzęsień ziemi. Mieliśmy taką sytuację w Arkansas i mamy z niej powtórkę w Teksasie.

Za powstawanie trzęsień ziemi wini się właśnie ponowne tłoczenie wody w wyeksploatowane wyrobiska. Stan Arkansas we wrześniu tego roku po prostu zakazał tego procederu.

Pojawienie się opcji wydobycia gazu łupkowego w Polsce uruchomiło od razu kilka stref lobbowania i wzajemnie sprzecznych interesów. Informacje o negatywnych skutkach szczelinowania zostały skrzętnie wykorzystane przez GAZPROM, który jest bardzo niezadowolony z perspektyw uniezależnienia Polski pod względem dostępu do paliw kopalnych. Niestety są podstawy do podnoszenia argumentów przeciw wydobyciu gazu w tej technologii. Może jednak zamiast nadmiernie eksponować lub przesadnie umniejszać informacje o negatywnych skutkach szczelinowania warto byłoby rozpocząć w Polsce realną debatę na ten temat.

Szokujace fakty i mity na temat gaz lupkowego w Polsce

Zapadliska drog w USA

W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej dochodzi do coraz większej ilości tajemniczych uszkodzeń gruntu lub dróg. Wszystko wygląda tak jakby podłoże, na jakim dana droga została ułożona stało się niestabilne.



Jakkolwiek można zakładać fuszerki budowlane w jednym lub dwóch przypadkach to, gdy tego typu zjawiska mają miejsce w wielu miejscach warto zadać pytanie czy poziom, jaki reprezentują drogowcy w USA po prostu nie odbiega od poziomu reprezentowanego przez rodzimych przedstawicieli tej profesji czy raczej mnogość tych przypadków wskazuje, na jakąś inna, być może wspólną ich naturę.

sobota, 15 października 2011

Fukushima napromieniowana

Jakiś czas temu ktoś w komentarzach pytał się o sytuację w Fukushimie. To było bardzo dobre pytanie, bo nieoczekiwanie okazało się, że nie jest łatwo zdobyć godne zaufania informacje na ten temat. W mediach panuje niemalże jednogłośna zgoda na to, by zapomnieć, że coś takiego jak katastrofa nuklearna w ogóle miało miejsce. To dlatego wielu ludzi myśli, że jest już po wszystkim i sytuacja jest opanowana. Takiemu zachowaniu ludzi nie ma się jednak co dziwić bo w mediach, które są w posiadaniu globalistów, gigantów biznesowych do których także należy komisja regulująca kwestie związane z katastrofą nuklearną, takie informacje są w oczywisty sposób blokowane.

Nie tylko nie wiemy co się naprawdę w Fukushimie wydarzyło, ale nie wiemy też, co się dzieje obecnie a co gorsza, nie mamy pojęcia co się może wydarzyć w najbliższej przyszłości. Wiele z tego co się może wydarzyć, wygląda tak samo paskudnie a może nawet jeszcze gorzej niż efekt wojny nuklearnej ze wszystkimi jej konsekwencjami, gdzie odbiorcami opadu radioaktywnego są zwykli ludzie, tacy jak ty czy ja.

Dlaczego tak uważam? Otóż japoński rząd uznał, że najlepszym sposobem aby zlikwidować miliony ton skażonych radioaktywnie śmieci – jest po prostu je spalić… W normalnych warunkach takie śmieci musiałyby być skrzętnie zebrane i zawiezione w miejsce, gdzie można je bezpiecznie trzymać nawet przez tysiące lat, jeśli zajdzie taka potrzeba. Takie miejsca mają przygotowane niemalże wszystkie kraje w których produkuje się energię pochodzącą z rozszczepienia atomu. Japonia jednak zdecydowała inaczej i dym z radioaktywnych śmieci, pełen radioaktywnych cząsteczek będzie unoszony przez wiatry – zwłaszcza przez prąd strumieniowy i w ten sposób opad radioaktywny obejmie całe terytorium Ameryki a także resztę półkuli północnej. Proces ten przyspieszy właśnie rozpoczynająca się jesień, bo w chłodnym powietrzu gorący dym ze spalarni śmieci jeszcze szybciej trafi do atmosfery wraz ze swoim śmiercionośnym ładunkiem.

Jednym z najważniejszych pierwiastków radioaktywnych unoszonych takim wiatrem jest cez. Cez już w tej chwili przykrył niemalże cały teren zachodniego wybrzeża USA: od San Diego po Kanadę. Jest już w Nevadzie i stanie Utah. Tymczasem Japończycy intensywnie budują kolejne spalarnie śmieci i nikt kompletnie o tym nie mówi! Nikt… Absolutne milczenie jak dywan z radioaktywnego cezu…

Na stronie japanfocus.org jest opisana historia japońskiej rodziny, która rygorystycznie stosuje się do wszelkich zaleceń mających uchronić ją przed skutkami radioaktywnego skażenia. Japoński rzad uspokaja przecież swoich obywateli mówiąc im, że wszystko jest pod kontrolą a ludzie są bezpieczni tak długo, jak długo będą słuchać tego, co im się zaleca. Japończycy są słynni ze swojego obywatelskiego posłuszeństwa i w większości podporządkowują się zarządzeniom. Jednak w opisywanej rodzinie matka postanowiła zbadać mocz swojej córki w niezależnym laboratorium – głównie po to, aby znaleźć potwierdzenie, że wszystko to co robi, ma sens. Kobieta ta codziennie myje podłogi i ściany swojego domu. Sprowadza wielkim kosztem wodę do picia i kąpieli, chcąc być absolutnie pewna, że nie ma w niej radioaktywności. Spożywa jedzenie, które nie jest napromieniowane. Analiza wykazała, że w moczu jej córki znajduje się radioaktywny cez i to w poważnej ilości! Japońska rodzina mieszka nieopodal Tokio w regionie Kanto na wyspie Honsiu, gdzie mieszka także 1/3 całej populacji Japończyków.

Przykład ten pokazuje, że Fukushima nadal jest śmiertelnie niebezpiecznym zagrożeniem. Z uszkodzonej elektrowni wydostaje się 10 bilionów bekereli na godzinę! Dopuszczalne dla zdrowia promieniowanie ustalono jeszcze niedawno na 600 bekereli na godzinę! Dziś, wg standardów unijnych, które zmieniono tuż po katastrofie w Fukushimie, jest to 12500 bekereli na godzinę.

10 bilionów bekereli promieniowania to jeszcze nie Hiroszima ale ogromnie blisko. Dokąd sięga to promieniowanie? Na razie obejmuje w większości Japonię ale skażenie się rozszerza. Promieniowanie trafia do łańcucha pokarmowego, przenika do środowiska naturalnego, jest w zwierzętach, w insektach, w roślinach, w chmurach….
Jest wszędzie!

Co to oznacza? Miliony ludzi umrze raczej wcześniej niż później na choroby związane z promieniowaniem. Nie wydarzy się to od razu a za jakieś 5, 10 może nawet za 20 lat. Zwłaszcza dla Ameryki Północnej taka perspektywa jest szczególnie mroczna. Już tej zimy radioaktywny cez zacznie spadać na amerykański kontynent wraz z deszczem przyniesionym z nad Pacyfiku. 3 tygodnie temu pewien facet z St. Louis starł szmatą deszcz z szyby swojego samochodu. Szmatę zbadano licznikiem Geigera i okazało się, że jest ona napromieniowana. Podobna sytuacja miała miejsce miesiąc temu w Toronto, gdzie inny facet czyścił kolektory słoneczne a zbadany później papierowy ręcznik, którego używał do tego celu, okazał się być radioaktywny. To nie są zbyt dobre znaki….

Najgorsze jest to, że nie wiadomo właściwie jak się zachować w takiej sytuacji. Teoretycznie zareagować powinien przede wszystkim rząd, ale ten nie wykazuje żadnego zainteresowania.

Tymczasem w japońskiej prefekturze Fukushima zbadano stopień napromieniowania dzikich grzybów, jakie można znaleźć w lesie. Pomiar wykazał 28 tysięcy bekereli na kg grzybów. Takie grzyby nie są już jedzeniem. Nie można nawet myśleć o tym, że są jedzeniem. Tymczasem władze w Fukushimie nie są wcale tym faktem zaniepokojone. Dzieci w szkołach w rejonie Fukushimy jedzą skażone warzywa, które są uprawiane lokalnie. Nie ulega wątpliwości, że rząd ma ludzi w nosie, skazując ich w ten sposób na niechybną śmierć. Trudno sobie wyobrazić, żeby ci, którzy rządzą rejonem Fukushimy nie mieli pojęcia o tym, co dostają do jedzenia dzieci w szkołach.

Ogłoszono, że w całej Japonii będą siane słoneczniki, bo roślina ta ma zdolność wchłaniania radioaktywności. Takie słoneczniki mają być później zniszczone. Chyba łatwo się domyślić w jaki sposób się to stanie. Zostaną po prostu spalone, naładowane radioaktywnie cząsteczki powędrują po całym świecie wraz z wiatrem a popioły zostaną wyrzucone na wysypiska śmieci. Stamtąd już prosta droga do wód gruntowych a potem będą się w niej kąpać i pić taką wodę ludzie.

Wszystko wskazuje na to, ze japoński rząd już w tej chwili skazał co najmniej dwie generacje swoich obywateli na śmierć. Fukushima stała się laboratorium na wielką skalę, gdzie można do woli studiować sobie wpływ zabójczego promieniowania na życie ludzi na całym świecie.

czwartek, 15 września 2011

Ognista Kula nad stolica Inkow

Jedno jest pewne - obiekt wyglądał i zachowywał się dość osobliwie jak na "meteoryt". Tak przynajmniej twierdzą nawet peruwiańscy eksperci, którzy wypowiadali się dla telewizji SKY.

Nad starożytnym miastem Inków - Cuzco, pojawił się dziwny, jasnoświecący obiekt. Mieszkańcy miasta założonego wieki temu przez Inków widzieli, jak nad ich domami pojawiła się wielka ognista wstęga, pozostawiona prawdopodobnie przez duży meteoryt powoli płonący w atmosferze.

Ognisty niezidentyfikowany obiekt na Cuzco nagrał jeden z mieszkańców. Nie wiadomo gdzie domniemany meteoryt spadł i czy w ogóle dotarł do ziemi. Są jednak świadkowie, którzy twierdzą, że ognisty obiekt uderzył w ziemię na południe od Cuzco, ale te relacje nie udało się w żaden sposób potwierdzić. W akcję poszukiwania miejsca upadku przybysza z kosmosu zaangażowano policję.

Naukowcy twierdzą, że to meteoryt. Niezidentyfikowany obiekt na peruwiańskim niebie nagrał jeden z okolicznych mieszkańców. Nie wiadomo, gdzie dokładnie uderzył w ziemie. W akcję poszukiwawczą zaangażowała się policja. Władze poinformowały, że spadające meteoryty mogą powodować pożary lasów, które ostatnio zdarzały się w okolicy starożytnego miasta. Oto zapis wideo obiektu z telewizji SKY:






czwartek, 1 września 2011

Dziwne dziwieki w Colorado zaobserwowane przed trzesieniem ziemii

Oto kolejny film przedstawiający dziwne dzwięki z różnych zakątków świata. Tym razem film nagrany został przed trzęsieniem ziemi w Colorado.




Film został dodany 22 sierpnia. Odgłos przypomina dzwięk hydraulicznego tarana bijącego pale w rzekę przed budową przęsła. Może to być też odgłos jakiegoś urządzenia do emitowania fal ELF ( Bardzo niskie częstotliwości ). Osoba dodająca ten materiał na YT kojarzy ten dźwięk z następującycm chwilę potem trzęsieniu ziemi, opisywanym kilka dni temu.



Dodatkowo zostaje postawione pytanie czy ma to jakiś związek z następującym tego samego dnia trzęsieniu ziemi w Virginii, które spowodowało panikę na wschodnim wybrzeżu USA oraz ewakuację kluczowych urzędów. Oto wspomniany film.