Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepowiednie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Przepowiednie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2012

Wydana w roku 1998 książka Patricka Geryla, znana u nas pod tytułem Proroctwo Oriona na rok 2012, jak mało która z ostatnich publikacji zrobiła sporo szumu i w wielu krajach, niemal bez pomocy mediów, stała się bestsellerem.

Przypomnijmy krótko: belgijski pisarz twierdzi, że udało mu się odczytać część tzw. Kodeksu drezdeńskiego Majów i znalazł tam apokaliptyczne wieści dla współczesnych Ziemian. Otóż między 19 a 21 grudnia 2012 wybuch słoneczny w postaci potężnej porcji plazmy dosięgnie ziemskie pole magnetyczne, odwróci jego bieguny, a co gorsza za pośrednictwem oddziaływania magnetycznego odwróci również kierunek ruchu wirowego naszej planety. Przebiegunowania magnetyczne wielokrotnie miały miejsce w dziejach naszej planety. Ostatnie zarejestrowano około 180 tysięcy lat temu i nie istnieją ślady, żeby miało to jakieś znaczenie dla życia organicznego. Nie ma też żadnych namacalnych dowodów, aby takie przebiegunowanie zmieniło kierunek obrotu Ziemi - aby Słońce wschodziło na zachodzie, jak to malowniczo opisuje Geryl.
Panikę wywołał fakt, że autor wieszczy związane z przebiegunowaniem klęski: trzęsienia ziemi, wybuchy wszystkich wulkanów jednocześnie, kilkukilometrowej wysokości fale tsunami, wybuch elektrowni atomowych; mówiąc krótko - zagładę niemal całego życia ziemskiego, z wyjątkiem rejonów wskazanych przez niego. Koncept Belga okazał się tak nośny, a oczekiwania, że coś ciekawego w końcu się wydarzy tak silne, że pojawiły się kolejne rozwinięcia rzeczonego proroctwa. Tak więc najpierw u wszystkich niemal znanych proroków - żywych i umarłych - znaleziono jakoby wzmianki świadczące, że oni również przewidywali podobne katastrofy, tyle że nie potrafili podać ich źródła. Dalej posypały się relacje z channelingów, a w nich reinterpretacje odkrycia Geryla. Otóż nie koniec świata, ale nowy początek; nowe poziomy świadomości, przejście w inne wymiary, na inne poziomy wibracji, gęstości i wiele podobnych dywagacji podanych jednak zawsze w formie absolutnych i ostatecznych pewników.

(fot. Czwarty Wymiar)

W miarę zbliżania się do owego ponoć niesamowitego roku, panika wzrosła na tyle, że nawet NASA zdecydowała się wydać oświadczenie: "Ludzie, nie bójcie się, interpretacja kalendarza Majów podana przez Geryla jest błędna, żaden kalendarz nie przewiduje przyszłości". Oświadczenie NASA było równie mętne jak praca Geryla - zawsze można powiedzieć: żaden z wyjątkiem tego właśnie. Świat się więc nie uspokoił. O co tu chodzi? Czy Patrick Geryl jest zręcznym hochsztaplerem, czy może paranoikiem? Odpowiedź nie jest taka prosta, spróbujemy jednak problem rozwikłać. Tu uprzedzę: "optymistyczne" wnioski nie potwierdzą się i koniec świata nie nastąpi. Niewiele ryzykuję, czytelnicy tego artykułu, jeśli się mylę, będą mieli z pewnością większe problemy aniżeli ściganie biednego autora.

Zacznijmy od tego, że przyczyna magnetyzmu ziemskiego jest istotnie nie do końca poznana. Pierwotnie do około 1900 roku sądzono, że sprawa jest prosta - jądro ziemskie składa się z ferromagnetyków, z triady żelazowców (żelazo, kobalt, nikiel) i jakoś się namagnesowało. Niestety, znany nam skądinąd Piotr Curie odkrył, że każdy ferromagnetyk (potencjalny magnes) traci w określonej, i to niezbyt wysokiej temperaturze swoje własności magnetyczne. We wnętrzu Ziemi temperatura jest z pewnością wyższa od temperatury tzw. punktu Curie. Obecnie za najbardziej prawdopodobną przyjmuje się teorię geodynama. Najprościej rzecz ujmując: prądy konwekcyjne w płynnym jądrze Ziemi indukują pole magnetyczne. Innymi słowy, ogromne masy poruszających się wraz ze stopioną materią ładunków elektrycznych tworzą pole magnetyczne - taki bardziej skomplikowany elektromagnes. Jako że mamy do czynienia ze stopioną materią o różnym stopniu lepkości, ruch nie jest zbyt uporządkowany, stąd bieguny ziemskiego elektromagnesu cały czas wędrują, a wartość natężenia ziemskiego pola magnetycznego zmienia się.

Oczywiście ziemskie pole magnetyczne sięga w kosmos, czego wizualnym skutkiem są choćby zorze polarne, i oddziałuje ze zjonizowanymi cząstkami przybywającymi między innymi ze Słońca. Ma to niekiedy znaczny wpływ na propagacje fal radiowych, potocznie mówiąc, wywołuje zakłócenia. Trudno jednak sobie wyobrazić, aby nawet najpotężniejsze masy zjonizowanej plazmy "chwyciły" ziemskie pole magnetyczne za jego pozaziemskie linie i obróciły dokładnie o 180 stopni całe ziemskie jądro, a z nim resztę planety. Do tego, wedle Geryla, miało się tak zdarzać dokładnie co 11 500 lat za sprawą jakiegoś tajemniczego słonecznego zegara, o którym jakoby wiedzieli Majowie.

Idźmy więc do owych Majów, a dokładniej do przypisywanego im dokumentu - Kodeksu drezdeńskiego, który wzbudził takie zainteresowanie Geryla i rozpętał całą aferę. I tu rozpoczyna się sprawa natury wręcz kryminalnej. Otóż z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością ów słynny kodeks jest fałszerstwem, a może delikatniej mówiąc żartem, i to nie byle kogo, bo najtęższych ponoć umysłów początku XIX wieku: Aleksandra von Humboldta - drugiego Leonarda da Vinci i Carla Fredricha Gaussa - księcia matematyków, fizyka, który pierwszy zmierzył wartość natężenia ziemskiego pola magnetycznego. Zacznijmy od tego, że obaj panowie się znali, przyjaźnili i współpracowali. Do tej wyśmienitej pary zaryzykuję dodać równie wielkiego starszego brata Aleksandra - Wilhelma - językoznawcę i archeologa. Nawiasem mówiąc, największa wyższa uczelnia naszych zachodnich sąsiadów - uniwersytet w Berlinie nosi właśnie imię braci Humboldtów.

(fot. Czwarty Wymiar)

Wróćmy do Kodeksu. Oficjalna historia głosi, że został on przysłany w roku 1519 przez Ferdynanda Corteza królowi Hiszpanii, a jednocześnie cesarzowi Rzeszy Karolowi. Pierwszy haczyk: skąd Cortez zdobył w roku 1519 kodeks Majów, skoro w ogóle nie było go wtedy na obszarach, gdzie znajdują się pozostałości tej kultury? Po wylądowaniu na kontynencie, nie wiedząc o tym, że w dżungli, którą ma 100 kilometrów za plecami, są jakieś cenne zabytki, ruszył na północny zachód, w stronę Tenochtitlanu, tj. dzisiejszego miasta Meksyk. Data mogła chyba wziąć się stąd, że miało to stać się przed rzekomym niszczeniem kodeksów Majów (?) przez duchownych hiszpańskich w 1521 roku. Dziś również wiadomo, że żaden duchowny hiszpański nie mógł w 1521 roku palić żadnych kodeksów majańskich, bo nic o takich nie wiedział.

Idźmy dalej. Jako że cesarz Karol przebywał często w Wiedniu, za jego sprawą rzeczony Kodeks miał się tam znaleźć. W roku 1739 nabył go ponoć od jakiegoś, jak zwykle w takich przypadkach, tajemniczego prywatnego człowieka dyrektor królewskiej biblioteki Saksonii, Johann Christian Goetze. Następnie dzieło miało trafić w roku 1744 do Drezna. O tych ostatnich faktach dowiedzieliśmy się dzięki wspomnianemu już Aleksandrowi von Humboldtowi, który w jednym z tomów atlasu publikowanego w latach 1805-1829, powstałego w oparciu o jego podróże, udostępnił pięć stron Kodeksu.

Kolejna publikacja była dziełem archeologa i językoznawcy Edwarda Kinga. King przypisał jednak Kodeks drezdeński nie Majom, a Aztekom. W 1829 roku orzeczono jednak, że jest to dzieło Majów. Potem ukazało się kilka czarno-białych edycji, ostatnia z tekstem niemieckim w roku 1901. Obecnie Kodeks drezdeński jest praktycznie niedostępny z powodu uszkodzeń, jakich miał doznać w czasie bombardowania Drezna. Zamknięto go w szklanej gablocie, a dociekliwi zwykle uczeni niemieccy jakoś w ogóle nie interesują się nim. Ostatnią poważną pracę na jego temat wydał w roku 1972 pasjonat starych druków i księgarz Eric Thompson.


Trudno orzec, czy Geryl dotarł do niemieckiego wydania z 1901 roku, czy do pracy Thompsona. Czegóż mógł się z nich dowiedzieć? Otóż kodeks nie jest Kodeksem, ale pasem papieru w formie sześćdziesięciostronicowej harmonijki, to tzw. leporello. Ów papier zrobiony jest z kory drzewa z rodzaju fikus. Problem w tym, że żaden z około 1200 gatunków z rodzaju fikus w Ameryce nie występuje, a dokładnie nie występował, dopóki nie został tam przywieziony przez Europejczyków. Obecnie jego plantacje spotkać można w Meksyku, Kalifornii i na Florydzie. Rośnie tam również w formach zdziczałych. Żeby nie było nieporozumień - Kodeks drezdeński miał powstać w latach 1200-1250, a więc na długo przed przybyciem Europejczyków. Ten figowy papier pokryty jest ponoć stiukiem z wapna palonego (jak to się trzyma?). Na stronach kodeksu znajdują się kolorowe obrazki i glify w trzech jakoby językach: nahuatl, tj. azteckim, współczesnym języku Majów, chyba yucatec maja i języku Majów klasycznych tj. tych właśnie od wielkiej cywilizacji mezoamerykańskiej. Teoretycznie możliwe jest, że klasyczni Majowie w 1200 roku znali język nahuatl, choć języki majańskie mają się do języka azteckiego jak polski do chińskiego, a Tenochtitlan założyli Aztekowie dopiero w 1325 roku.

W wieku XV i XVI nahuatl jako język władców imperium azteckiego powszechnie znano w Ameryce Środkowej. W roku 1803, kiedy to Aleksander von Humboldt zwiedzał Meksyk, był drugim po hiszpańskim językiem tego kraju. Już w XVI wieku przetłumaczono na nahuatl Pismo Święte, pisano w nim kazania i publikowano literaturę, głównie katolicką. Od XVI wieku zgodnie z zaleceniem cesarza Karola był on językiem misjonarzy. O ile więc Majowie jako wielcy mędrcy i erudyci mogli znać język jakiegoś koczowniczego plemienia odległego od ich siedzib prawie 2 tysiące kilometrów, o tyle znajomość przez nich współczesnego Humboldtowi języka maja jest już skrajną niedorzecznością. Jak dzisiaj wiemy, a nie wiedział tego Humboldt, klasyczni Majowie mówili językiem cholo - istotnie z rodziny majańskiej, który ma się tak do współczesnego maja, jak klasyczna greka Homera do współczesnego języka greckiego. Owe dwa języki majańskie rozdzieliły się około 1200 lat p.n.e., a więc 3 tysiące lat przed wizytą Humboldta w Meksyku. Jeśli przyjmiemy więc, że Homer znał współczesną grekę, to możemy również przyjąć, że klasyczni Majowie znali język swojego jakoby Kodeksu. Trzeci język Kodeksu drezdeńskiego to glify ponoć języka klasycznych Majów, a tak naprawdę różnorodne glify mezoamerykańskie, z których wyczytać można wszystko, nawet jutrzejszą prognozę pogody.

Czytelnik niewątpliwie zauważy, że wszędzie tam, gdzie mowa jest o piśmie Majów, używa się terminu glif, który może oznaczać graficzną formę: głoski, sylaby, słowa itp. Glifem jest nie tylko litera, ale także znak drogowy. Kilkakrotnie uważano już, że umiemy odczytać glify Majów, choć znajdują się tylko w czterech wątpliwych kodeksach i wielu bardzo krótkich inskrypcjach. Zawsze okazywało się jednak, że głoska, która wydawała się przyporządkowana jakiemuś glifowi lub glifom, może mieć jakiś inny glif, i tak w kółko Macieju. W czasach Humboldta panował pewien optymizm. Jeśli to on sporządził ów trzeci zapis, to mógł wyobrażać sobie, że notuje tam coś sensownego. Glify Majów oficjalnie jako pierwszy odczytał E. Forsteman w 1887 roku. Przed nim i po nim byli inni "pierwsi".

Przejdźmy teraz do treści, którą istotnie da się odczytać. Otóż są tam obliczenia astronomiczne, opisy obrzędów religijnych, tabele zaćmień Słońca i Księżyca, ruchy planety Wenus, opisy gwiazdozbiorów oraz zapiski rolnicze i medyczne. Dane liczbowe stanowią najsilniejszą stronę Kodeksu, ponieważ zapisano je systemem wspólnym dla wszystkich chyba kultur mezoamerykańskich od czasu Olmeków - prostą metodą kropek i kresek. Postawmy teraz dwa pytania.
Czy Patrick Geryl mógł z Kodeksu drezdeńskiego wywieść datę 21.12.2012? Czy w Kodeksie drezdeńskim mogły być jakieś sugestie dotyczące magnetyzmu?

Odpowiedź na pierwsze pytanie brzmi - tak. Zrobiono to już wcześniej. W roku 1975 Frank Walters, w tym samym roku bracia McKennowie z dodatkiem pewnej porcji mistycyzmu, Jose Argüelles w 1987 roku i tuż przed Gerylem John M. Jenkins w roku 1995. Koncept potrójnego kalendarza: kultowego (260 dni), słonecznego (365 dni) i tak zwanej długiej rachuby (ponoć od 3114 roku p.n.e.) był powszechnie znany wśród różnych ludów Ameryki Środkowej. Nie ma żadnego dowodu, że te trzy systemy lub choćby tylko jeden wymyślili klasyczni Majowie. Prawdopodobnie wszystkie powstały zupełnie odrębnie. Chcąc otrzymać ową magiczną datę 21.12.2012 - tak naprawdę przybliżoną - trzeba skompilować trzy systemy. Wyobraźmy więc sobie, że do roku liczonego od narodzin Chrystusa dodajemy rok ucieczki Mahometa, potem odejmujemy liczbę lat od założenia Rzymu znów do narodzin Chrystusa i otrzymujemy datę końca świata. Proste? Tak w przybliżeniu zrobił Patrick Geryl i jego poprzednicy. Dokładny sposób wyliczeń znajdzie czytelnik na niemal każdej stronie internetowej poświęconej tajemnicy roku 2012. Geryl mógł istotnie dowiedzieć się o kalendarzach z Kodeksu drezdeńskiego. Aleksander von Humboldt też je znał.

Co do drugiego pytania, tu odpowiedź jest również twierdząca. Wszystkie opisane w Kodeksie drezdeńskim zagadnienia pozostawały w sferze zainteresowania Humboldta i Gaussa. W roku 1809 ukazała się np. wielka praca tego ostatniego Teoria ciał niebieskich obiegających Słońce po orbitach stożkowych. Jeśli przyjmiemy, że tym żartownisiem był istotnie Aleksander von Humboldt, to na koniec przeprowadźmy krótkie śledztwo, aby dowiedzieć się, jak do tego doszło. Przenieśmy się do roku 1805. Rok wcześniej zmarł w Lyonie teolog i antykwariusz kardynał Stefano Borgia. Wielki pasjonat starożytności już za życia dopuścił do swoich zbiorów różnych badaczy. Po jego śmierci manuskrypty zostały spisane i rozdzielone. Badaniem owego zbioru zajmował się między innymi Aleksander von Humboldt i on to w roku 1805 dokonał największego dotąd odkrycia w badaniach kultur mezoamerykańskich - odnalazł ogromny kodeks aztecki zwany dziś Kodeksem Borgia. Dzieło wykonane jest ze skóry zwierzęcej, ma 76 stron i prawie 11 metrów długości, a napisane jest znakami języka nahuatl. Właściwie wszystkie sensowne informacje kalendarzowe i astronomiczne z Kodeksu drezdeńskiego są w Kodeksie Borgia. Podobnie jest z całą ikonografią i treściami religijno-magicznymi.

Datowany na XV wiek Kodeks Borgia znajduje się w Bibliotece Watykańskiej i każdy naukowiec ma do niego dostęp. Faktycznie istniejący Kodeks Borgia mógł być więc inspiracją i źródłem wiedzy dla Aleksandra von Humboldta. Jaki był jednak powód żartu? Z pewnością nie oczekiwanie sławy lub pieniędzy. Aleksander, tak jak i jego brat, był już dostatecznie sławny i chyba tu jest przyczyna: rodzaj pychy. Bracia von Humboldt i Carl Friedrich Gauss byli w roku 1810 półbogami, a dokładniej w sensie intelektualnym za takich się uważali. Gauss lubował się w różnego rodzaju łamigłówkach i zagadkach. Stąd już tylko krok, aby wykonać leporello (Kodeks drezdeński) na wzór zabawki służącego Don Giovanniego z mozartowskiej opery komicznej po to, aby zagrać potomnym na nosie, mając na myśli słowa innego swojego ulubieńca Figara: Udawać, że się nie wie tego, co się wie, że się wie wszystko, czego się nie wie, że się rozumie to, czego się nie pojmuje... często, jako największy sekret ukrywać, że nie ma żadnego.

czwartek, 1 marca 2012

Przepowiednie Indian Hopi

środa, 15 lutego 2012

10 przepowiednia na rok 2012

Jak co roku nadchodzi czas specyficznych czarów i przewidywań, co tego jak wyobrażamy sobie rok 2012. Sporządzenie takiej listy oczekiwań może być pod koniec roku interesującą lekturą.




Spróbujmy, zatem wyliczyć najistotniejsze wydarzenia, do jakich może dojść w 2012.



1. Rozpad Unii Europejskiej - napięcia finansowe będą trwały i dopóki nie dojdzie do wyborów w Niemczech i Francji oraz dopóki część wierzytelności niemieckich i francuskich banków nie zostanie spłacona między innymi naszymi pieniędzmi to nie ma, co liczyć na radykalne rozwiązania. Po wyborach i po kilku spłaceniach kluczowych europejskich banków należy się spodziewać rozpadu Unii, jaką znamy.



2. Izrael zaatakuje Iran, a następnie oskarży o to Iran - Wydarzenie to prawie na pewno będzie uzasadnione w oparciu o sfabrykowane "dowody" wywiadu lub zostanie wywołane jakieś zdarzenie, które przeciągnie USA i większość świata zachodniego na stronę w tym konflikcie. Oczekuję się, że nastąpi to przed październikiem 2012 roku, w sam raz, aby złagodzić sytuację Obamy w wyborach prezydenckich w USA. Spodziewane jest taktyczne wykorzystanie broni jądrowej w tej wojnie.



3. Ceny ropy na krótko przekroczą 200 dolarów - Ze względu na wojnę w Iranie, ceny ropy na krótko wyskoczą powyżej 200 dolarów za baryłkę, co wyśle fale uderzeniowe w całej gospodarce światowej i spowoduje szybki wzrost cen żywności.



4. Nowa fala zbrodni ogarnie kraje zachodnie - bezrobotni i zdesperowani ludzie zwrócą się do kradzieży i rabunku, jako metod zdobycia pieniędzy na przetrwanie. Spodziewane są rekordowe kradzieże metali takich jak miedź.



5. Sprzedaż broni w USA pobije wszelkie poprzednie rekordy - Spodziewana jest sprzedaż broni na poziomie 20 milionów sztuk.



6. Złoto przekroczy 2500 dolarów za uncję - Na początku 2012 ceny złota trochę się ustabilizują a nawet spadną. Stanie się to wtedy, gdy eksploduje europejski system finansowy, co spowoduje ruch na dolara i chwilowy odwrót od złota. To jednak będzie trend chwilowy, bo złoto poszybuje na 2500 dolarów za uncję i więcej. W ciągu kilku lat złoto może osiągnąć niebotyczną wartość 5000$ za uncję.



7. Spadek populacji owadów zapylających będzie postępował - Redukcja populacji pszczół oraz nietoperzy będzie postępować. Za to zjawisko niektórzy obarczają winą rozwój telefonii komórkowej oraz chemicznych pestycydów i GMO. To z kolei zmniejszy zdolności do produkcji żywności i spowoduje wzrost jej cen. Naukowcy będą kontynuować badania na ten temat, ale wszelkie dowody na duży udział pestycydów w wybiciu wielu tysięcy kolonii pszczół mogą być ignorowane ze względu na wpływowość środowisk biotechnologicznych.



8. Wzrost rynku mediów alternatywnych - eksploduje popularność mediów alternatywnych. W 2012 roku i dalej, jak coraz więcej ludzi obudzi się do rzeczywistości i dojdzie do wniosku, że główne media działają, jako element systemu propagandy powodującego pranie mózgu.



9. Rozprzestrzeni się jakaś pandemia - rok bez odpowiednich strachów jest rokiem straconym. Już końcówka 2011 dostarczyła nam emocji w kwestii możliwych pandemii. Na celowniku jest wirus H5N1, w którym bezmyślni naukowcy z Holandii zmienili dwa geny i spowodowali, że zaczął się rozprzestrzeniać drogą kropelkową. Jeśli komuś zależy na redukcji populacji taki wirus z pewnością niechybnie się "wymknie".



10. Wojna w cyberprzestrzeni zaostrzy się - spodziewane jest przeniesienie ruchów anarchistycznych do Internetu. Dobrym przykładem takiej inicjatywy jest ruch ANONYMOUS. To tak naprawdę nie jeden haker, ale cala ich grupa scalona przez sieć. To oni zdołali się włamać do sieci STRATFOR stanowiącej hub informacyjny armii USA. Ta i podobne grupy wybitnych informatyków z przekonaniami może przenieść w 2012 roku ruchy sprzeciwu z ulic do Internetu.

Krzysztof Jackowski o roku 2012 - to będzie straszny rok!

A oto wizje dotyczące roku 2012 przedstawione na łamach SE:

Rok 2012 będzie straszny. Pogłębiający się kryzys, szaleńcze ceny paliwa i żywności. To będzie rok wielkich przełomów i niepokojów. Upadek Unii Europejskiej, kompletna przebudowa polskiej sceny politycznej. Taką wizję nadchodzącego roku ma Krzysztof Jackowski (46 l.), najsłynniejszy polski jasnowidz. Czy jego apokaliptyczne wizję się sprawdzą? Oby nie! Ale niestety ten człowiek rzadko się myli.

Jego ubiegłoroczna przepowiednia na 2011 rok, którą ujawnił "Super Express", spełniła się prawie w stu procentach.

Jasnowidz przewidział wielkie trzęsienie ziemi w Japonii. Mówił o fatalnym roku dla gospodarki, również Polski, o tym, że cena benzyny przekroczy psychologiczną barierę 5 złotych i o drastycznych podwyżkach cen żywności. I to wszystko dzieje się na naszych oczach... A oto jego wstrząsająca wizja na nadchodzący rok.

Krach na giełdzie i bezrobocie na poziomie 23 procent

Styczeń w polskiej gospodarce będzie względnie spokojny. W lutym dojdzie do finansowego trzęsienia ziemi. Nastąpi wielki krach na giełdzie. W ciągu następnych dwóch miesięcy sytuacja się pogorszy i dojdzie do załamania gospodarczego. Ceny wzrosną o jedną trzecią, a bezrobocie sięgnie 23 procent.

Rozpad Unii Europejskiej i zamieszki we Francji

W pierwszej połowie roku z Unii Europejskiej wystąpi Wielka Brytania i Irlandia. W drugiej połowie Polska, Węgry i Grecja będą totalnymi bankrutami. Obronią się jedynie Włochy. To we Francji skumulują się negatywne nastroje związane z sytuacją w UE. Dojdzie do przewrotu. Pojawi się nawet groźba zbrojnej interwencji. To wydarzenie będzie początkiem podziału Unii. Powstanie Unia bis, w której znajdą się kraje spoza strefy euro.

Benzyna za 6,80 zł, diesel po 7,20 zł

Sytuacja na świecie spowoduje, że ceny paliw drastycznie wzrosną. W drugiej połowie roku cena paliwa do diesla sięgnie 7,20 zł, benzyny 6,80 zł. Podróżowanie samochodem będzie luksusem.

Tylko dolar będzie pewny

Pogłębiający się kryzys sprawi, że ceny walut będą się wahać. Najbezpieczniejszą walutą będzie dolar. To w niego najlepiej inwestować.

Jarosław Kaczyński zmieciony ze sceny politycznej

Mimo fatalnej sytuacji polityczno-gospodarczej polski rząd przetrwa ten rok. Nie uda się to natomiast PiS-owi. Jarosław Kaczyński nie będzie się liczył w polityce. Jego elektorat przejmie Solidarna Polska ze Zbigniewem Ziobrą na czele. Leszek Miller przegra partyjne wybory w SLD z Ryszardem Kaliszem.

Koniec Tadeusza Rydzyka

Ojciec dyrektor Tadeusz Rydzyk przestanie szefować Radiu Maryja i TV Trwam.

Na Euro 2012 Polska nawet nie wyjdzie z grupy

Podczas mistrzostw EURO 2012 polska reprezentacja nie wyjdzie nawet z grupy. Do półfinału awansuje drużyna Ukrainy. Mistrzem Europy zostanie Francja.

Mokre wakacje

Latem Polaków znów zaskoczą pogodowe anomalie. Lato będzie ulewne.

Wojna USA z Iranem

Stany Zjednoczone ucierpią w wyniku trzęsienia ziemi w skali dotychczas niespotykanej. USA uwikłają się także w kolejny konflikt zbrojny. Amerykańskie wojska wejdą do Iranu.

I jeszcze jeden tekst, czyli wywiad, jakiemu udzielił Krzysztof Jackowski dla Gazety Pomorskiej.

Jasnowidz z Człuchowa: nadciąga rok niepokojów!
2012 nie będzie dobrym rokiem, lepiej poczujemy się w 2013. Rozmowa z Krzysztofem Jackowskim, jasnowidzem z Człuchowa.

- Panie Krzysztofie, co nas czeka w przyszłym roku?

- Nic dobrego.

- Rząd się zmieni?

- Przypomnę, że powiedziałem już kiedyś w "Pomorskiej”, że w tym roku kryzys pokaże swoje prawdziwe oblicze. I tak też się stanie. Będzie to rok wielkiego oszustwa Unii Europejskiej, która dokona go w stosunku do niektórych państw członkowskich. Rząd zostanie oszukany przez UE, bo pożyczki, które mają wspomóc Unię, a na które Polska także się składa, zostaną zmarnotrawione. Kontra Wielkiej Brytanii będzie narastać i to stanie się kluczem do rozpadu. We Wspólnocie pozostanie kilka państw starej Unii. Nie twierdzę, że UE rozpadnie się w tym roku, ale to, co się stanie, nie pozostawi złudzeń, że tak właśnie będzie. Moja skromna rada, której i tak nikt nie posłucha, jest taka, by się wstrzy mać przed wpłacaniem tych milionów euro do wspólnej kasy, bo i tak pójdą na marne.

- A rząd?

- Dopóki ten bankrut UE próbuje rządzić, dopóty rządy są pod kontrolą UE i nic im nie grozi.

- Jaki będzie ten nadchodzący rok?

- Dużo złego w nim będzie. Jakiś dramat na świecie. 2012 będzie rokiem kluczowym. 2013 będzie już inny, wolny. 2012 to wrzód, który ma pęknąć.

- Jaka pogoda?

- Ta zima to same anomalie i będzie raczej cieplej.

- A wiosna?

- Wiosna będzie zatruta. Coś się będzie działo z powietrzem. Może nie w Polsce, ale bardzo się będziemy bali powietrza. Będziemy się bali oddychać.

- A poza tym?

- Wiosna sucha, lato bardzo mokre, nie za bardzo ciepłe.

- A zima?

- Zima bardzo zła. Zła dla ludzi.

- Czego się możemy w tym roku spodziewać? Jakichś wstrząsów?

- To będzie rok dwóch wstrząsów. Pierwszy, wiosenny. I drugi, późnoletni.

- Ale pod jakim względem?

- Nie wiem. Pytała pani o wstrząsy. Wtedy będą się działy jakieś złe rzeczy.

- A Euro 2012?

- Będzie przez nas mniej przeżywane z powodu napiętej sytuacji i niepokojów. W jednym z krajów europejskich zacznie się totalna rewolucja.

- W Grecji?

- Nie, nie w Grecji. We Francji lub kraju ościennym, gdzieś obok Francji. To będzie jak zamach stanu. Od tego momentu w Europie zaczną się dziać naprawdę niedobre rzeczy. Kraje Europy będą chciały reagować jako Wspólnota, ale to będzie problematyczne. I powiem coś niepopularnego, ale dopóki Jaruzelski żyje, to ktoś mu musi powiedzieć, że mu w przyszłości będą stawiać pomniki.

- ?

- W końcówce tej zimy rząd będzie miał problemy w parlamencie. UE nie będzie w stanie zapanować w ciągu dwóch, trzech miesięcy nad sytuacją ekonomiczną w Europie i drobne załamania będą następować jedno po drugim. Państwa wschodzące będą coraz bardziej krzyczeć i robić ferment. Rząd będzie bardzo za Unią i straci w Sejmie poparcie ludzi, których udało mu się dla siebie pozyskać. Od wiosny nie będzie sobie radził z gospodarką. I będą poważne niepokoje na świecie. Ja cały czas boję się wojny.

I jeszcze na koniec informacja o "mieście na Śląsku, które się zamieni w gruzy". Tę informację Jackowski podał w programie "Dzień Dobry TVN".

środa, 1 lutego 2012

Księżniczka Japońska Nakamaru o 2012 roku

2012 – początek Nowej Ery?

Wiele osób na całym świecie z niepokojem przywitało nowy 2012 Rok. Dlaczego? Jest to, bowiem kolejna legendarna data „końca świata”. Kolejna, ale nie taka „zwykła”. To właśnie rok 2012 łączony jest (mylnie lub nie) m.in. z końcem Kalendarza Majów czy z przybyciem tajemniczej opisywanej rzekomo przez Sumerów planety Nibiru, która przelatując blisko Ziemi ma stać się przyczyną niezliczonych kataklizmów na niewyobrażalną dotąd skalę. Mówi się także o niezwykłej śmiercionośnej nadaktywności słonecznej, której apogeum nastąpi na przełomie 2012/2013 roku… Przebiegunownie, potopy, trzęsienia ziemi. Prawdziwa biblijna apokalipsa, jeszcze gorsza niż to, co mogliśmy zobaczyć w filmie Rolanda Emmericha pt. „2012”. Taką wizję wieszczy mnóstwo ludzi na całym świecie…
Dzisiaj jednak nie będziemy rozmawiać o kalendarzu Majów i całej reszcie. Na temat „2012” spojrzymy, bowiem z zupełnie innej, mało znanej dotąd strony…
Oto rozmowa, którą niedawno nasza redakcja przeprowadziła z pisarzem Igorem Witkowskim. Pretekstem była jego nowa książka, która ukaże się pod koniec lutego 2012 roku.
1) Projekt NPN – Zaczniemy od chyba najważniejszego pytania. Pytania, które zadają sobie setki tysięcy ludzi na całym świecie. Rok 2012 – czy Pana zdaniem mamy się, czego obawiać? Czy nastąpi „koniec świata”?

Igor Witkowski to znany pisarz i badacz tajemnic przeszłości.
Igor Witkowski to znany pisarz i badacz tajemnic przeszłości.
Igor Witkowski – Nic nie wskazuje, aby miał być koniec świata, rozumiany, jako zagłada – ani teraz, ani w ogóle w przewidywalnej przyszłości. Przy okazji: greckie słowo „apokalypsis” oznacza odsłonięcie tego, co zakryte, czyli jakby ujawnienie prawdy. Jednak odpowiedź na pytanie „czy mamy się czegoś obawiać?”, Byłaby już nieco inna. Na naszych oczach załamują się dogmaty dotyczące podstaw cywilizacji zachodniej. Na razie załamują się „tylko” dogmaty, wyparowuje trochę pieniędzy, ale można już wyobrazić sobie, że załamuje się cywilizacja, jako taka. Mam tu na myśli krach finansowy w Europie, (chociaż sytuacja USA wbrew pozorom też nie jest wesoła), tym samym biedę bardzo wielu ludzi. To z kolei zapewne pociągnie za sobą załamanie społeczne, rozruchy takie jak np. w zeszłym roku w Wielkiej Brytanii, a wcześniej we Francji, tylko na większą skalę. Ponieważ okaże się, że dalsze funkcjonowanie gospodarek w taki sposób jak dotychczas zostanie wykluczone, ludzie i rządy zaczną zastanawiać się nad tym jak w ogóle Zachód ma funkcjonować. Będzie widać – ludzie będą to widzieć – że jest taki problem jak mechanizmy autodestrukcji, jakie cywilizacja zachodnia wytworzyła. Innymi słowy: zaczyna się długofalowy i wielopłaszczyznowy proces kwestionowania rzeczy, które nie tyle uznawano dotychczas za oczywiste, co rzeczy, których społeczeństwa Zachodu w ogóle nie widziały. Tu zaczyna się głęboki problem – podstaw kulturowych naszej cywilizacji. Oczywiście ja tu tylko skrótowo sygnalizuję pewne wątki, ale chodzi o to, że wprawdzie końca świata nie będzie, jednak już z całą pewnością można powiedzieć, że rozpoczął się proces, którego następstwa będą poważne i trwałe. Bardzo wiele będzie się musiało zmienić. Ludzie będą do tego zmuszeni, bo np. w Europie będą mieli do wyboru Europę Stagnacji (południe), albo Europę Rozwoju. Pojawi się chociażby pytanie skąd wzięły się tak różne modele rozwoju na naszym kontynencie, co jest tak różnego w fundamentach krajów z obu grup. I w taki sposób zaczyna się transformacja.
2) Projekt NPN - Pod koniec lutego 2012 roku ukaże się Pana nowa książka pt. „2012 – początek Nowej Ery”. Proszę opowiedzieć o niej czytelnikom naszego portalu.
IW – Książka ta jest dla mnie dużym wydarzeniem. Szczerze mówiąc napisałem ponad 50 książek, ale na palcach jednej ręki mogę wyliczyć przypadki, że do wydrukowania jakiejś naprawdę odliczałem dni. Było tak z pierwszą i później z jeszcze jedną…
Okładka książki
Okładka książki
Książkę „2012 – początek Nowej Ery” traktuję jednak, jako swoje największe osiągnięcie i wiem, że nigdy już nie zrobię niczego na takim poziomie, prezentującego tak szerokie spojrzenie. Z tego prostego powodu, że to nie jest powieść, którą można napisać sobie w pociągu. To jest złożona analiza odwołująca się do faktów, wymagająca „przetrawienia” olbrzymiej ilości informacji. Takie coś można zrobić raz, albo dwa… Nie chodzi o to, że byłoby to niemożliwe. Po prostu, mówiąc nieco żartobliwie, trzeba mieć naprawdę sporą motywację.
3) Projekt NPN – Czym ta publikacja różni się od wszystkich innych na ten temat?
IW – Różni się „tylko” tym, że nie jest to swobodne powiązanie idei i prawd objawionych, ale po pierwsze: formułowanie wniosków i zależności w oparciu o podstawy, których podważenie wymagałoby wysiłku badawczego, a po drugie, dlatego, że książka prezentuje spojrzenie dosyć szerokie. Ogólnie rzecz biorąc zwykle mamy do czynienia z dwoma rodzajami „podejść”. Albo naukowiec napisze o zmianach klimatu czy o trendach w systemie bankowym i mamy drobny fragment obrazu, który w przypadku obecnej transformacji jest raczej nieadekwatny. Nigdy nie pokaże długofalowego ciągu zdarzeń. Inny wariant, to opis ideowo – wizjonerski, który wprawdzie obejmuje wszystko – od światłości wiekuistej do kwestii żywieniowych, ale naprawdę ma wartość tylko w świecie wyobrażonym.
Wspomniałem o szerokim spojrzeniu. Problem, czy może raczej intrygujący charakter tego wszystkiego, co się zaczyna, polega na tym, że mało, kto zauważa to, co już napisałem – ciąg zależności: finanse, za tym gospodarka, za tym fundamenty naszej cywilizacji takie jak procesy społeczne. Mało, kto zastanawia się skąd się to wszystko wzięło, a zwłaszcza, że społeczeństwa Zachodu tworzą mechanizmy autodestrukcji i nie są w stanie ich w ogóle zobaczyć (chyba, że już i tak jest za późno). To już jest szczegół, którym moja książka bardzo różni się od tego, co jest o roku 2012. Innymi słowy pokazuje czytelny powód transformacji. Jednak to jest zaledwie jedna trzecia książki. Reszta dotyczy dwóch innych rzeczy: po pierwsze przełomów w nauce, które bardzo przyspieszą przemiany, otwierając przed nami zupełnie nowe możliwości. Już pojawiają się rzeczy, o jakich jeszcze niedawno nam się w ogóle nie śniło. Zwiastuny bardzo dużego przełomu. To już widać. Pozostała część książki rozwija temat podstaw kulturowych i tego, co ludzie są w stanie zobaczyć wokół siebie, a czego nie i przy tej okazji pokazuje też drogę wyjścia z tego, co nazwałem „Nowym Średniowieczem”. Książka ta zawiera znaczące fragmenty trzech książek napisanych przeze mnie wcześniej. Fragmenty te dopiero po połączeniu tworzą spójną całość. Chodziło mi tu o pokazanie w jednoznaczny sposób, że o tym, co się szykuje wiedziałem znacznie wcześniej.
4) Projekt NPN - Z jakich źródeł korzystał Pan pisząc tę publikację? Czy treści w niej zawarte czytelnicy mają traktować jak swoiste… przepowiednie przyszłych wydarzeń?
IW – Źródła zbierałem od wielu lat. Nie ma tu przepowiedni w klasycznym rozumieniu tego słowa. Po przeczytaniu, każdy może sam wyobrazić sobie, do czego zmiany prowadzą. Książka składa się z trzech części. Pierwsza dotyczy kryzysu naszej cywilizacji, gdzie pokazuję głównie stan jej stagnacji, mechanizmy autodestrukcji, chorobę naszego świata. Tu korzystałem w większości ze źródeł znanych, które trzeba było tylko wyszukać. „W większości”, bo nie byłbym sobą, gdybym nie dorzucił tu bardzo ciekawych analogii pomiędzy „naszym” rozwojem techniki, a rozwojem techniki w… Trzeciej Rzeszy. Mam tu na myśli materiały bardzo ciekawe, dla 99,99% czytelników nieznane i chyba nawet szokujące. Pokazują one tempo z grubsza dziesięciokrotnie szybsze, niż nam znane. W dalszej części książki w ogóle przedstawiłem i porównałem zupełnie różne modele cywilizacji i wzorce rozwoju, przykłady z naszej historii. Są to dosyć ciekawe materiały do przemyśleń, tylko mało, kto próbował czegoś takiego. Dalej jest o rewolucji w fizyce dotyczącej rozumienia grawitacji. To o tym mówiłem, jako o przeskoku. Naukowcy dokonali paru ciekawych odkryć. Jeszcze niewielu z nich widzi, co z tego wyniknie, ale ja, ponieważ zajmuję się tym tematem od kilkunastu lat i jeździłem czasem w odległe miejsca świata, żeby docierać do źródeł, wiem, że przeskoku nie da się zatrzymać. W ostatniej części, która dotyczy załamania wierzeń przez ujawnienie pewnych informacji, też źródeł jest sporo, jeśli się ich szuka od lat. Wiem, że dla wielu ludzi „załamanie wierzeń” budzi grymas, ale to jest najprostszy mechanizm podważenia fundamentów kulturowych naszej cywilizacji. Nie piszę tu o potencjalnym ujawnieniu informacji – coś w rodzaju zapowiedzi zostało w książce pokazane. Plan transformacji jest ogólnie taki, że zmian nie powstrzyma jakakolwiek zachowawczość. Myślę, że po przeczytaniu książki będzie oczywiste, że to jest już nie do zatrzymania, również w sensie pozytywnym – zmiany na lepsze też okażą się prostsze, niż ludzie zwykle sądzą.
5). Projekt NPN – Od jakiegoś czasu obserwujemy m.in. załamanie systemu gospodarczego i finansowego opartego na globalizacji i co dalej? Nowa Era, czyli…?
IW – Dalej, jak napisałem, trzeba będzie przeorganizować systemy edukacji i ogólnie kultury masowej, tak by w przyszłości ludzie byli w stanie z wyprzedzeniem wyobrazić sobie, jakie będą skutki takiej czy innej polityki. Tego nie da się w żaden sposób obejść. Świata, w którym ludzie nie rozumieją ani takich rzeczy, ani tego skąd się bierze rozwój, co go powoduje, albo, dlaczego go nie ma, nie ma, co utrzymywać. Trzeba go zmienić, póki jeszcze można.
Nowa Era będzie sprowadzać się nie do zmiany w systemach bankowych, jak większość ludzi sądzi. To, co jak sądzę, jest ciekawe w mojej książce, do analogie do historii w kwestii innego kształtu cywilizacji. Zmiana jakościowa może być potężna i takie przeskoki już w historii były, to nie jest wbrew pozorom trudne. Weźmy przykład starożytnej Grecji, która przecież reprezentowała o rząd wielkości większe możliwości rozwoju i nieporównywalnie większą świadomość ludzi, niż np. Europa półtora tysiąca lat później. Ludziom średniowiecza trudno byłoby wytłumaczyć, że łatwo można by zmienić ich świat. Ale gdyby pokazać im ścianę albo wstrząsnąć ich wyobrażeniami, to to, co wydawało im się tak pewne i niezmienne, po prostu przestałoby istnieć. Są ludzie, którzy wiedzą jak się to robi. W trzech zdaniach nie da się oczywiście tego wyjaśnić, ale ogólnie temat nie jest wcale taki trudny, jakim się wydaje na początku. Takie przynajmniej mam wrażenie.

Benjamin Fulford: Czeka nas wielka zabawa pod koniec 2012!

29 grudnia 2011 r. Benjamin Fulford  udzielił wywiadu Sean David Mortonowi w jego
programie radiowym Strange Universe.
Sean David Morton
Poświęciłem sporo czasu by napisać to streszczenie – gdyż to co mówi i proponuje Fulford zgadza się m.in. z projektem Lyndona LaRouche – dlatego też nie sądzę, że jest to czysta fantazja, ale że naprawdę dzieją się rzeczy, które mogą zmienić nasz świat na lepsze.
We wstępie, Sean David Morton przedstawił kilka faktów na temat Korei Północnej. Ciekawostką jest to, że najstarszy syn zmarłego przywódcy Kim Jong Nam, jest na wygnaniu w Chinach, odkąd jako chłopiec próbował się dostać do Disneyland w Tokio na sfałszowanym paszporcie. Schedę po dyktatorze przejmie jak wiemy trzeci syn Kim Jong Un, który był kształcony w Szwajcarii i jest kibicem amerykańskiej koszykówki.
Jeśli chodzi o Koreę Północną, ważne jest to, że wg. Seana jest to jeden z trzech krajów świata, obok Iranu i Kuby, którego bank centralny nie jest kontrolowany przez Rotszyldów (a co z Białorusią i od niedawna Węgrami?).
Benjamin Fulford
Fulford, który mieszka w Japonii od 30 lat, uważa, że Korea Północna jest i była amerykańską kolonią. Dowiedział się tego od pewnego chińskiego polityka. USA są kontrolowane przez kompleks militarno przemysłowy, szczególnie Carlyle Group, oraz przez kompleks narkotykowy (CIA). To, że Korea Północna może być kolonią tego kompleksu potwierdzają pewne fakty, jak to np. technologia wyrzutnie rakietowych, które ma Korea Płn. została przekazana przez wywiad Pakistanu (ISI), a ten otrzymał ją właśnie od USA. Cel jest prosty – użycie tego kraju jako „zagrożenia” – po to by móc sprzedawać broń. To samo dotyczy technologii bomby atomowej.
Cała zimna wojna i podzielenie świata na obozy, było tylko przedstawieniem, które miało na celu stworzenie rynku do sprzedaży broni. Rządy w krajach obu bloków były zainstalowane przez ludzi stojących ponad tym wszystkim, takich jak David Rockefeller czy Henry Kissinger, którzy współpracowali z sowieckimi przywódcami.
Obecnie toczy się cicha wojna o Koreę pomiędzy dwiema frakcjami – stary kompleks militarno-przemysłowy chce utrzymać podział tego kraju, gdyż pozwala to na sprzedaż broni, a do tego Korea Północna jest centrum produkcji amfetaminy na Azję – tym zajmuje się część CIA.
Fulford wyraźnie rozdziela CIA na dwie frakcje – kryminalną część „gestapo” podległą George’owi Bushowi Seniorowi, oraz patriotów z Langley.
Na półwyspie koreańskim następuje fundamentalna zmiana władzy, w którą zaangażowani są Rotszyldzi, obecnie skonfliktowani z Rockefellerami. Kim Jong Il został zamordowany przez szwedzką prostytutkę już kilka lat temu, a na jego miejsce wstawiono sobowtóra, którego teraz usunięto. Fulford uzyskał informację od jednego z członków rodziny Rotszyldów, że chcą oni zjednoczyć Koreę pod berłem jednego imperatora, tak jak jest obecnie w Japonii. System polityczny nowej Korei będzie wymieszaniem systemów jakie są obecnie w obu krajach. Nowa Korea ma się stać centrum produkcyjnym. Oczywiście kraj ten będzie miał bank centralny należący do Rotszyldów. Chińczycy godzą się na to, pod warunkiem, że na Półwyspie Koreańskim nie będzie baz amerykańskich. Wcześniej próbę unifikacji tych krajów podjął prezydent Korei Południowej Roh Moo-hyun, którego zrzucono za to z urwiska. Nowy prezydent Lee Myung-bak jest praktycznie marionetką Rockefellerów i jak to nazywa Fulford „starych ludzi”.
O procesie unifikacji będą świadczyły wybory w Korei Południowej w tym roku – jeśli nowym prezydentem będzie lewicowiec, to będzie to świadczyć o tym, że proces unifikacji się rozpoczął. Oczywiście zajmie to sporo czasu, z uwagi na różnice w poziomie rozwoju obu krajów. Rozwój Korei Północnej ma nastąpić jednak bez pasożytniczego zadłużania kraju. Fulford przypomina, że są dwa rodzaje finansowania – jeden pasożytniczy, taki jaki jest stosowany w USA i Europie, a drugi konstruktywny, który służy faktycznemu budowaniu i rozwojowi. Dług nie musi być zły, jeśli banki uczestniczą zarówno w proficie jak i stratom.
To co się dzieje w Korei Północnej ma swoje odbicie także w Japonii – niedawno doszło tam do serii aresztowań, gdyż w rządzie japońskim od zakończenia II wojny światowej główną rolę odgrywali podstawieni agenci Korei Północnej, wstawieni tam z fałszywymi nazwiskami przez Amerykanów. Przykładem jest premier w czasach Reagana, Yasuhiro Nakasone. Używane są też grupy mniejszościowe, które przewodzą także mafii Yakuza (w jednym z wcześniejszych wywiadów Fulford wspomniał o tym, że 1% populacji Japonii to są przefarbowani Żydzi). Cesarz jest obecnie tylko atrapą, która pracuje dla Busha, Kissingera i reszty gangsterów.
katastrofa japońskiego samolotu Flight 123 - zamach terrorystyczny?
Model ekonomii japońskiej został zniszczony przez wprowadzenie systemu z Wall Street na się – przez groźby militarne, które potwierdzono zestrzeleniem samolotu Japan Airlines Flight 123 z 520 ofiarami. Japończycy mieli agencję planowania ekonomicznego, który tak doskonale się sprawdził w latach 80-tych – wtedy to Amerykanie poczuli zagrożenie, gdyż Japończycy zaczęli być obecni wszędzie i wykupywali biznesy także w Ameryce. Chiny, które obecnie przejęły ten model rozwijają się w tempie 10% rocznie.
[ Komentarz monitorpolski: Tu muszę dodać od siebie, że jest to prawdą - w latach 80-tych Japończycy wykupywali Amerykę - ja sam w 1988-90 pracowałem w Dallas w hotelu Westin, który został przejęty przez japońskiego właściciela. Zreorganizował on cały system działania hotelu, co szybko zwiększyło ilość gości, a także nasze zarobki.]
W dalszej części wywiadu Fulford komentuje fakty związane z tsunami z 11 marca 2011 r, które wskazują na konspirację i to, że tsunami zostało wywołane podziemnym wybuchem nuklearnym.
Okazuje się, że pojawił się świadek – w jednym z kościołów protestanckich w Tokio przebywał komandos japoński, który był członkiem 15-osobowego komanda, które podkładało ładunki nuklearne na dnie morza w pobliżu północno-wschodniej Japonii. Nie wiedzieli oni w jakim celu te ładunki były podkładane, powiedziano im, że to jest eksperyment. W czasie tsunami wszyscy pozostali członkowie komanda zginęli. Ten komandos ma znajdować się obecnie w Los Angeles. Fulford przekazał informację o tym fakcie rządowi amerykańskiemu, jednak bez żadnej reakcji.
Reaktor nr. 3 wysadzono bombą jądrową
Fulford wspomniał też o izraelskiej firmie Magna, która  odpowiadała za bezpieczeństwo elektrowni Fukushima [komentrz monitorpolski: inne źródła podawały informację o bombach atomowych, które zostały wprowadzone na teren elektrowni przez tę firmę w postaci wielkich półtonowych kamer BSP, zob.
Przypomniał też, to co mówił rok temu – w styczniu 2010 roku, że ujawniono treść rozmów telefonicznych izraelskiego przywódcy Benjamina Netanjahu, który szantażował japońskiego premiera serią wybuchów nuklearnych na terenie Japonii, jeśli ten nie przekaże mu pieniędzy.
Nowym faktem jest informacja, że japoński statek Chikyu Maru robił odwierty w pobliżu epicentrum trzęsienia ziemi zaraz przed trzęsieniem ziemi 11 marca 2011. Obecnie statek ten dokonuje wierceń w dnie oceanu w pobliżu Ciba i Tokio. Operacja została prawdopodobnie wstrzymana. Źródła Fulforda w CIA donoszą, że Obama zarządził atak na Tokio by zmusić Japonię do kapitulacji, co utrzymałoby hegemonię mafii Rockefellera w świecie. Ewentualny atak na Tokio ma być jednak pomszczony przez wysadzenie wyspy Las Palmas na wyspach Kanaryjskich, co spowodowałoby olbrzymie tsunami, które zatopiłoby wielkie miasta na Wschodnim Wybrzeżu USA. Sytuacja jest więc bardzo niebezpieczna.
Wg. Fulforda, głównym problemem współczesnego świata jest to, że system finansowy został przejęty przez fanatyków religijnych, którzy są przekonani, że ich powołaniem jest rządzenie całym światem z Jerozolimy i że w międzyczasie powinni wymordować 4-5 miliardów ludzi w ich Armageddonie. Pozostała część ludzkości ma im służyć jako niewolnicy.
Niedawno Fulford otrzymał zaproszenie do Szwajcarii na negocjacje od niejakiego Vincenzo Lazaro, faszystowskiego masona z Teutonic Knights, by negocjować w sprawie zatrzymania III wojny światowej, która ma się rozpocząć od ataku an Iran. Oczywiście, nie daje się nabrać na tę oczywistą pułapkę, gdyż to właśnie tenże Lazaro próbował go zabić kilka miesięcy wcześniej podczas prób negocjacji – jest on znakomicie uzbrojonym zawodowym mordercą.
Pierwsza strona pozwu Keenana
W dalszej części wywiadu Sean David Morton nawiązał do pozwu sądowego złożonego przez Neila Keenana w listopadzie ub. roku przeciwko grupie z ONZ z Sekretarzem Generalnym włącznie oraz przedstawicielom rządu włoskiego z Silvi Berlusconi na czele.
Pozwani
Keenan reprezentuje grupę wpływowych rodzin azjatyckich, w których posiadaniu znajduje się wielki majątek w złocie. W pozwie chodzi generalnie o defraudację olbrzymich sum przekazanych rządowi amerykańskiemu po wojnie na użytek finansowania pomocy międzynarodowej, w tym planu Marshalla. Pieniądze zostały bezprawnie przejęte przez Rezerwę Federalną (FED) oraz stowarzyszone z nią instytucje (MFW, rządy europejskie itd.) i przez 50 lat są bezprawnie używane na użytek tej prywatnej grupy.
Podczas Bretton-Woods w 1944 roku USA, Francja, Anglia i kraje zwycięskie dostały uprawnienia do kontroli systemu finansowego świata. Jednak przekazane im pieniądze zostały źle wykorzystane, np. plan Marshalla został wykonany tylko w stosunku do krajów kontrolowanych przez Rotszyldów, tj. Zachodniej Europy i Japonii. Za pomocą tych pieniędzy sfinansowano także całą zimną wojnę. Fulford odkrył, że w reakcji na to, w 1955 167 krajów podpisało międzynarodowe porozumienie, w którym ustalono kontrolę nad 85% zasobów finansowych świata – złotem, biżuterią, itd, które były w posiadaniu tychże krajów. Pozostałe 15% to majątek krajów grupy G5 – czyli mafii Rotszyldów.
Część tych wielkich zasobów finansowych miało być użyte do rozwoju Afryki i Azji.
Prezydent USA właśnie po to wypuścił kilka miliardów dolarów rządowych, nie przez FED. Po jego zabójstwie, dysponentem wyznaczono premiera Indonezji Sukarno, który wymordował pół miliona ludzi, zanim udało się go obalić. Od tamtej pory te wielkie finanse są bezprawnie wykorzystywane przez grupę gangsterów globalnych (MFW, Bank Światowy, ONZ, itd.). Tak więc funkcjonowanie obecnego systemu finansowego, nie ma podstaw prawnych, a tworzone pieniądze są bez prawdziwej wartości w postaci zabezpieczenia w kruszcach czy kamieniach szlachetnych.
Wiarygodności Fulfordowi daje to, że pisał o pozwie Keenana jeszcze przed jego złożeniem, a obecnie w internecie można znaleźć jego skany. Czy jest to podróbka, trudno ustalić bez bezpośredniego kontaktu z sądem. Pozew został złożony w południowym Nowym Jorku, co zdaniem Seana Davida Mortona nie jest najlepszym miejscem (brak jurysdykcji nad ONZ czy rządami innych państw). Fulford twierdzi, że pozew ma być tylko „wehikułem” do dalszych działań pewnych ludzi w Pentagonie w kierunku zmian w USA. Międzynarodowy Trybunał w Hadze też nie jest dobrym miejscem na składanie tego typu pozwów, gdyż jest całkowicie kontrolowany przez grupę Rotszyldów.
Dowody przedstawione w pozwie są nie do obalenia – fizycznie łączą pozwanych z rabunkiem obligacji o wartości 135 miliardów, tak więc sąd będzie musiał je rozpatrzeć. Obligacje zostały skradzione od obywateli japońskich, którzy próbowali przejechać granicę włosko – szwajcarską. Pieniądze miały sfinansować tunel pomiędzy Koreą i Japonią.
Na koniec Fulford przedstawił swoją wizję roku 2012. Opiera je m.in. na rozmowach z lożą masońską P2 (Propaganda Due) w Watykanie, gdzie dowiedział się, że realizowane są długoterminowe plany inżynierii społecznej oparte na ruchu gwiazd. Dowodem na to są pewne zjawiska astronomiczne -  jak np. „niebieski Księżyc” 31 grudnia 2008 na zachodzie i 1 stycznia 2009 na wschodzie, były też szczególne zaćmienia Księżyca. Zgodnie z tymi obserwacjami nastąpi jakieś ważne wydarzenie, które przyjdzie ze wschodu, które zakończy 26,000 letni cykl, który powoduje również drgania Ziemi – był on uwzględniany przez Majów, którzy jednak wtedy nie wiedzieli co się dokładnie wydarzy. Nie znaczy to jednak, że musimy się zgodzić na długoplanową inżynierię społeczną. Ważne jest to co możemy fizycznie zaobserwować i ustalić, jak to, ze na pewno nastąpi kolaps systemu finansowego zachodu, czy też będzie musiało nastąpić ponowne jego „uruchomienie”.  Powodem jest to, że nie ma podparcia dla ilości pieniędzy jakie są w obrocie. Te rzeczywiste wartości – przemysł, nadwyżki w handlu, towary są kontrolowane tylko przez Japonię, Chiny, Rosję i kilka krajów eksportujących ropę naftową. W Europie i USA drukuje się bezwartościowe pieniądze, wspierane tylko medialną propagandą i uzbrojonych bandziorów.
Dlatego też sytuacja jest tak napięta i grozi wojną.
Aby załagodzić tę sytuację, grupa azjatycka proponuje podział 50-50 w kontroli nad planetą – podział ma być pomiędzy Wschodem i Zachodem. Niedopuszczalne ma być istnienie jednego centrum kontroli w postaci Rządu Światowego, choć pewne zasady powinny obowiązywać dla wszystkich krajów – jak międzynarodowe sądy decydujące o legalności wojen.
Grupa azjatycka chce promować plany zakończenia ubóstwa i niszczenia środowiska – to może być rozpoczęte już w ciągu kilku miesięcy. Jeśli dojdzie do porozumienia, można rozpocząć wielką zabawę – czyli sztuczny koniec świata. W sposób wirtualny można wywołać np. zatopienie Nowego Jorku i Tokio, a poprzez odcięcie komunikacji nie dałoby się ustalić czy jest to prawda, czy też fikcja. Można też w końcu ujawnić te wszystkie UFO, które są stworzone dla fikcyjnej Inwazji Obcych – byłoby to częścią wielkiej zabawy. Ten fikcyjny koniec świata może mieć miejsce 21 grudnia 2012 – gdyż nasz kalendarz fizycznie nie gra z aktualną postacią Układu Słonecznego. Przez 3 dni „nie byłoby” wówczas świata.
25 grudnia 2012, który jest faktycznym początkiem nowego roku solarnego, ustalono by datę 1 stycznia roku 0. Naprawiłoby to korelację ruchu naszej planety z kalendarzem, a także posłużyłoby jako początek nowej, zdrowej ery.
Jest to konieczne, bowiem to co się obecnie dzieje jest jakąś „kwarantanną”, która powstrzymuje ludzkość przed rozwojem. Powinniśmy mieć już dawno temu np. kolonie na Marsie, a wszystko się zatrzymało w latach 70-tych. Ludzkość jest powstrzymywana przez gangsterów z inną, chorą wizją przyszłości – należy pamiętać, że są to eugenicy, którzy chcą stać się bogami, a resztę z nas przekształcić na swoich niewolników. Redukcja populacji ma zwolnić Ziemię dla ich użytku i radości. Są oni członkami tego samego plenienia, które wyznaje eko-faszystowskie podejście do rzeczywistości. Zrujnowali już oni potencjał cywilizacji zachodniej, wywołali kolaps Związku Radzieckiego, a teraz rujnują ekonomię USA – to wszystko było wywołane w sposób sztuczny przez członków tych królewskich rodzin. Chodziło i chodzi o to, by ceny na wszystko tak spadły, by mogli to wykupić za centy. Ale ich plany na globalny rząd faszystowski udało się już powstrzymać – rezultaty tego zobaczymy w roku 2012.
Ci ludzie jednak nie będą chcieli po prostu tak sobie odejść, w związku z tym w USA i Europie nadal będą utrzymywać się trudne warunki, szczególnie w pierwszej części roku. Fulford został poinformowany przez przedstawicieli grupy, która zrealizowała rewolucje we Francji, Rosji i USA o tym, że w lecie tego roku będą próby wywołania rewolucji w Europie i USA – odbędą się wielkie demonstracje antywojenne. Nadzieją jest postawa dowództwa wojskowego USA, że będzie przestrzegana Konstytucja USA i że wrogowie wewnętrzni zostaną ukarani. Chodzi głownie o niedemokratyczny reżim zagranicznego agenta CIA Obamy i Kongres, którego członkowie w większości jak się okazuje, mają wielkie depozyty łapówkowe na kontach w Banku Watykańskim (który jak wiadomo jest kontrolowany przez mafię Rotszyldów). Jest więc prawny powód by ich wszystkich zaaresztować. Niewiele potrzeba 0 wystarczy wysłać tylko uzbrojonw oddziały do stacji telewizyjnych i redakcji gazet, a może nawet wystarczy wykonać kilka rozmów telefonicznych z ich właścicielami i zażądać mówienia prawdy, a resztę tych „starych ludzi” powsadzać do więzienia. Należałoby też siłowo przejąć kontrolę nad 12 oddziałami Rezerwy Federalnej i po zabawie.

Przepowiednie dla Polski i świata na 2012 rok

Rok 2011 na pewno zapisze nam się długo w pamięci, z powodu nieoczekiwanych przewrotów na światowej arenie politycznej.

Oprócz zajmujących się ezoteryką, astrologią i jasnowidzeniem, niewielu przeczuwało upadek tak trwałych dyktatur jak Hosni Mubaraka w Egipcie, Ben Alego w Tunezji, czy wreszcie Muammara Kaddafiego w Libii. W 2011 roku numerologiczną wibracją przewodnią była czwórka, co w talii tarota odpowiada karcie Cesarza. Dla osób zajmujących się hermetycznym przekazem umieszczonym na 78 kartach ,,złotej drogi'', nie jest tajemnicą, że cieniem karty Cesarza jest despotyzm, tyrania, autorytaryzm, nie znoszenie sprzeciwu, bezwzględność i żądza władzy za wszelką cenę. Dyktatorzy, którzy bronili swojej dominacji, za cenę krwi swoich obywateli z pewnością takie cechy posiadali.
Nowy Rok 2012 to numerologiczna piątka, która z kolei odpowiada w tarocie karcie Arcykapłana. Czego zatem możemy spodziewać się w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy? Można zaryzykować stwierdzenie, że przyszedł czas na zmiany wśród duchowych przywódców świata. Tak jak Cesarz opisuje archetyp władzy świeckiej, tak Arcykapłan (w niektórych taliach oznaczony jako Hierofant lub Papież) odpowiada władzy duchowej.

Wielkie religie świata nie unikną reform i zmian. Ponownie będzie głośno o skandalach i nadużyciach na najwyższych szczeblach hierarchii kościelnej. Nie ma znaczenia, czy będzie to wyznanie katolicie, protestanckie czy prawosławne. Wierni domagać się będą brania przez duchownych odpowiedzialności za błędy. Niestety możemy także być świadkami eskalacji zachowań ortodoksyjnych takich jak samobójcze zamachy na tle religijnym i nawoływanie do wyznaniowych wojen.

Wśród osób piastujących wysokie i najwyższe funkcje religijne nastąpi zmiana warty. Możliwe, że będziemy świadkami wyboru nowego patriarchy, papieża, mułły bądź karmapy. W świecie nauki będziemy mieli do czynienia z ogromnym przełomem, może nawet takim jaki dokonał się za sprawą teorii względności Alberta Einsteina. Sprawcą tego wybuchu osiągnięć nauki i techniki będzie Uran w znaku Barana. Uran przebywał ostatnio w znaku Barana w latach 1927-1934, czyli w trakcie dokonywania się kluczowych dla poprzedniego wieku odkryć w fizyce i powstania zrębów genetyki. Dzięki temu, możemy się spodziewać, iż ludzkość zrobi kolejny krok do przodu w wyżej wymienionych dziedzinach. Pierwszymi oznakami zbliżającej się rewolucji, są doniesienia naukowców z CERN badających cząsteczki elementarne. Naukowcy zajmujący się projektem OPERA twierdzą, że bariera prędkości światła została pokonana.

Możliwe zatem, że podróże w czasie oraz tunele nad i podprzestrzenne przestaną być domeną pisarzy science-fiction. Wiele zaskakujących wieści przyniesie nam również medycyna. Ten rok może okazać się przełomowy w poszukiwaniu leku na współczesną dżumę, czyli AIDS. Jest wielka szansa, że właśnie w 2012 roku w tym temacie nastąpi kluczowe odkrycie. Ponieważ Uran przebywający w znaku Barana, będzie tworzył kwadratury z Plutonem przebywającym w znaku Koziorożca, nie unikniemy prób sił pomiędzy tym co nowe i rewolucyjne (reprezentowane przez Urana), a tym co skostniałe i konserwatywne (reprezentowane przez Plutona w Koziorożcu). Wielkie systemy totalitarne takie jak Chiny, Korea Północna oraz ostatnie bastiony komunizmu jak Kuba, mogą nie oprzeć się sile zmian. Jeżeli będą chciały przetrwać, muszą poddać się transformacji. Kolejne niepokoje nie ominą również Wielkiej Brytanii, która będzie szargana atakami chuliganów, zamieszkami i innymi nieprzewidzianymi wydarzeniami.

Dotyczy to również, rodziny królewskiej. W Polsce wbrew pozorom nie będzie tak źle. Ponieważ nasz kraj nosi w sobie tradycyjne cechy znaku Byka i można powiedzieć, że jesteśmy reprezentantem tej fazy w Europie, to poradzimy sobie nadzwyczaj dobrze z kryzysem gnębiącym inne kraje. Słońce naszego narodu będzie wspierane przez energie innych znaków ziemskich - Panny i Koziorożca, nie mówiąc już o pozostającym w Byku przez pierwsze pół roku Jowiszu. Nie powinniśmy się niepokoić.

Co prawda naszą narodową cechą jest wieczne narzekanie, ale niebo będzie nam przychylne i na tle innych państw, nie wypadniemy najgorzej. Mało tego, urośniemy do miana nowego lidera, którego zdanie również będzie brane pod uwagę na arenie międzynarodowej.. W sprawach uczuciowych w 2012 roku, jak w każdym innym okresie, decydujące słowo do powiedzenia ma Wenus.

W nadchodzącym roku jej wybrańcami mogą czuć się osoby spod znaku Bliźniąt, bowiem od kwietnia, aż do sierpnia ta dobrotliwa bogini będzie oświecać ich swoim blaskiem. Aura planet zapowiada burzliwe romanse i zmienność uczuć. Ten rok nie jest najodpowiedniejszy na zakładanie rodziny. Chyba, że pary pośpieszą się i zalegalizują związek pierwszych miesiącach roku. Później energie sprzyjać będą testowaniu partnerów i wchodzeniu w relacje z ciekawości i dla zabawy. Jednak jeżeli chodzi o podróże, turystykę i nowe horyzonty, sprawy mają się zupełnie inaczej. Biura podróży powinny odnotować rekordowe zyski.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Prognoza astrologiczna dla Polski i Swiata na 2012 rok - Piotr Piotrowski


Europa stoi w przededniu wielkich zmian. A wszystko dlatego, że zarówno w horoskopie Unii Europejskiej, jak i w horoskopie waluty euro przez Słońce przechodzić będzie śmiercionośny i zarazem transformujący Pluton. To historyczny moment, ponieważ ostatnio podobny układ planet (tyle że z rewolucyjnym Uranem) wystąpił na początku lat 90. XX wieku, kiedy upadł mur berliński, a następnie rozpadł się ZSRR, co otworzyło drogę do kojarzonej z Uranem wolności. Skala obecnych zawirowań zapowiada się równie wielka jak w czasie obalania komunizmu w Europie Wschodniej. Stary porządek musi runąć, by zrobić miejsce nowemu, ale to nie znaczy, że UE przestanie istnieć, przynajmniej nie w 2012 roku.

Ekonomiczny trup w szafie

Również na Polskę, która stanie przed poważnym kryzysem finansowym, będą miały wpływ globalne perturbacje. W horoskopie naszego państwa restrykcyjny i kojarzony z biedą Saturn będzie przechodził przez drugi dom odpowiadający za finanse, tworząc kwadraturę do Księżyca (społeczeństwa) i Wenus (pieniądze). A to oznacza tylko jedno: zaczną wypadać ekonomiczne trupy z szafy. W państwowej kasie zabraknie pieniędzy, a wzrost cen energii przełoży się na powszechne podwyżki. Jednym słowem, będziemy mniej zarabiać i więcej płacić, choć w pełni 
odczujemy to dopiero w 2013 roku.

Czy Polska będzie dobrze przygotowana na odparcie kryzysu? Nie najgorzej, ponieważ w horoskopach zarówno Sejmu VII kadencji, jak i nowego rządu Donalda Tuska reformatorski Pluton ustawił się na ascendencie. W horoskopie Rady Ministrów wielki trygon w znakach ziemskich, symbolizujący sprawy finansowe i gospodarcze, sprawi, że gabinet Tuska powinien sobie w miarę dobrze poradzić z kryzysem, a planowane reformy przyniosą w dużej mierze zadowalające efekty. Znaki żywiołu ziemskiego wskazują bowiem na prymat rozumu, a nie przeczuć, emocji czy intuicji, przewagę pragmatyzmu nad teoretycznymi rozważaniami, cierpliwości nad popędliwością i chaotycznymi posunięciami, no i podkreślają dążenie do stabilizacji i poczucia bezpieczeństwa.

Równie istotne okażą się w polskim parlamencie kwestie światopoglądowe i religijne. Posłowie z partii opozycyjnych będą rozkrzyczani, żonglujący wielkimi słowami o zabarwieniu religijno-światopoglądowym i choć hasła mogą być nośne, to jednak ich siła rażenia będzie minimalna. Dlaczego? Bo większość naszych obecnych posłów stanowią zodiakalne Barany, powodowane słomianym zapałem, słynące z agresji, wojowniczości, walki i potrzeby bycia na pierwszych stronach gazet.

PO na zakręcie

Jak w tych sporach ideologicznych i ekonomicznych poradzi sobie Donald Tusk? Początkowo nieźle. Przynajmniej do lutego 2012 roku szef rządu będzie miał niesamowitą moc, energię, szczęście oraz dobre notowania. Później siłą rozpędu dotrwa do jesieni, po czym rozpędzona maszyneria do zyskiwania popularności się zatnie. Pojawią się pierwsze oznaki zmęczenia. Wszystko wskazuje na to, że w połowie kadencji premier powie: „Mam dość!”.

Rozgoryczenie szefa rządu symbolizowane jest przez niekorzystne konfiguracje niesprzyjającego Saturna, który już co najmniej raz mocno zalazł mu za skórę, dotkliwie komplikując jego aspiracje polityczne. Było to w 2005 roku, kiedy Tusk nieoczekiwanie przegrał wybory prezydenckie z Lechem Kaczyńskim.

Tym razem może być gorzej, ponieważ z hamującym Saturnem zmagać się będzie do końca 2014 roku nie tylko Donald Tusk, lecz także jego partia. Trzeci raz z rzędu trudno jej będzie wygrać wybory. Ugrupowanie straci popularność, zaczną się wewnętrzne tarcia i walka o władzę.

Po lewej stronie sceny politycznej zapowiada się równie burzliwie. Rok 2012 nie przyniesie zasadniczych rozstrzygnięć w SLD, ale z pewnością określi dalszą przyszłość tego ugrupowania. Będzie ciężko, nawet bardzo. Nie wzrosną notowania Sojuszu, ale gwałtowne pęknięcie formacji Leszka Millera przypadnie dopiero na rok 2014.

Zadanie, które stoi przed Millerem, okaże się może najważniejszym dziełem jego życia, a już politycznej aktywności na pewno. Taka konfiguracja Plutona zdarza się bowiem tylko raz w życiu. Jeśli więc ktoś sądził, że lider SLD swoje pięć minut ma już dawno za sobą, zacznie przecierać oczy ze zdumienia. Czy zatem Miller zdoła otoczyć mniej posłusznych działaczy zwartym kordonem, przywołać ich do porządku i wyrównać szeregi?

Do pewnego stopnia może się to udać, ale bez względu na zabiegi konkurencji to Ruch Palikota okaże się niezwykle porywającą siłą. W ciągu najbliższych miesięcy horoskop tej nowo powstałej partii zapewni postęp i sukces. W 2012 roku Janusz Palikot powodowany wpływem Neptuna będzie miał niesamowite wyczucie chwili.

Spektakularne transfery z Sojuszu do Ruchu dopiero się zaczną, ale może budzić wątpliwości, czy działacze zmieniający ugrupowanie okażą się skuteczni i pomocni. Jednak nawet jeśli notowania Palikota nie wzrosną znacząco, efekty jego politycznych zabiegów sprawią, że znów poczuje się w swoim żywiole. Nie jest jednak jasne, czy uda mu się zintegrować ugrupowanie, zanim w 2015 roku Ruch Palikota znajdzie się pod takim samym wpływem planet, jakiemu obecnie podlega SLD.

Pokiereszowane i zdziesiątkowane Prawo i Sprawiedliwość najgorszy okres ma za sobą. Chcąc się ratować, przejdzie do ofensywy. Jarosław Kaczyński, w którego horoskopie przynoszący popularność Jowisz wędruje w 2012 roku przez pierwszy dom, odzyska dawny wigor, wyjdzie z cienia, zacznie coraz częściej się pokazywać, głosząc nośne hasła nie tylko o porządku i praworządności. Chociaż PiS będzie skłócone ze wszystkimi ugrupowaniami w Sejmie (nawet sojusz z Solidarną Polską Zbigniewa Ziobry i Jacka Kurskiego nie będzie wchodził w rachubę), to pozostanie wyraziste, głośne, natarczywe, a kiedy trzeba 
– nawet brutalne.

Nowo powstały klub parlamentarny z posłanką Beatą Kempą w pierwszym szeregu ma szansę przekształcić się w partię polityczną, choć do sukcesu droga daleka i wyboista. Solidarna Polska najpierw zanotuje duże spadki głównie dlatego, że nie będzie potrafiła się odnaleźć w natrętnym szturmie Kaczyńskiego. Z czasem jednak znajdzie swoją tożsamość.

Świadczy o tym dobra forma, w jakiej będzie główny strateg SP, Jacek Kurski. Horoskop tego polityka jednoznacznie pokazuje, że partyjno-medialna ofensywa powinna się udać, przynajmniej w latach 2012-2013. Nie najgorzej pójdzie też liderowi Solidarnej Polski. Według astrologii Zbigniew Ziobro to urodzony przywódca o zacięciu dyktatorskim, więc partią z pewnością będzie rządził twardą ręką.

Dr Piotr Piotrowski jest filozofem i astrologiem, autorem m.in. książki „Jung i astrologia

niedziela, 1 stycznia 2012

Krzysztof Jackowski o rozpadzie UE

Jasnowidz Krzysztof Jackowski od dłuższego czasu zapowiada, że w swojej wizji dotyczącej przyszłości widzi rozpad Unii Europejskiej. Trzeba mu przyznać rację w jednym, że ów rozpad zapowiadał nawet wtedy, kiedy Unia Europejska była z znakomitej kondycji, a wszelkie dywagacje o jej rozpadzie były uważane za wyssane z palca bzdury. Tym razem po raz kolejny jasnowidz podtrzymał swoją wizję dotyczącą losów starego kontynentu.

"Mówiłem, że najpierw wyłamią się Brytyjczycy, potem czegoś będą żądali Węgrzy... To się stało i rozpad Unii jest przesądzony" - twierdzi stanowczo jasnowidz. Kilka miesięcy temu jako przełomowy dla tego procesu jasnowidz wskazywał listopad. Mimo tego, że listopad minął, a Unia nadal jest w całości, jasnowidz podtrzymuje wcześniej wypowiedziane słowa. Tłumaczy, że tego typu wydarzenie jest procesem, zaś w listopadzie doszło do przełomu i było to dokładnie coś, co w jakiś sposób pojawiło się w jego wizji.

Krzysztof Jackowski uważa, że ludzie zawsze obłąkańczo chcą konkretnych "dat, godzin, miejsc", tymczasem tego typu informacje w wizjach pojawiają się bardzo rzadko. Jego zdaniem wizja zawiera jedynie "błysk przyszłości", krótki flesz, który jasnowidz stara się jakoś zinterpretować, choć przeważnie czyni to nieudolnie i często popełnia błędy.

Nagranie zostało dokonane 12 grudnia 2011 roku podczas spotkanie z jasnowidzem w popularnych warszawskich "Złotych Tarasach".

środa, 1 czerwca 2011

Sny zwiastujace przyszlosc

W październiku 1966 r. na walijską wieś Aberfan z pobliskiej hałdy spłynęła lawina szlamu, która uderzyła w szkołę w wyniku czego śmierć na miejscu poniosło ponad 140 osób, w większości dzieci. Psycholog i badacz zjawisk paranormalnych, który przybył na miejsce dzień później odkrył, że wielu mieszkańców miejscowości miało prorocze sny o nadciągającej tragedii. Jedna z dziewczynek, która zginęła w zalanej szkole, tuż przed śmiercią wspominała rodzicom o śnie na temat „czarnej mazi”, która spływała ku szkole.  Nie są to jedyne zaskakujące przypadki, z którymi próbują zmierzyć się specjaliści od snów.____________________Richard Wiseman, Fortean Times

Aberfan to niewielka wioska w południowej Walii. W latach 60-tych większość jej mieszkańców pracowała w kopalni, która powstała na zasobnych złożach wysokogatunkowego węgla. Odpady z wydobycia składowane na stromych zboczach wzgórz otaczających miejscowość zostały podmyte przez silne ulewy przetaczające się nad Aberfan w 1966 r. Nikt nie spodziewał się, że przesiąkająca hałdę woda utworzyła kilka podziemnych strumieni, przekształcając ją w nietrwałą breję.
Widok na wieś po niszczycielskiej lawinie.
21 października 1966 r. osunęło się zbocze góry i w kierunku wsi runęło pół miliona ton kopalnianych odpadów. Większa ich część przedostała się do Aberfan i uderzyła w szkołę, zapełniając kilka sal 10 – metrową warstwą szlamu. Kilka chwil wcześniej uczniowie opuścili aulę, na której zgromadzili się na apelu, odśpiewując szkolny hymn. Kiedy rozchodzili się do klas, uderzyła lawina. Na miejsce pośpieszyła policja i rodzice, którzy w nieładzie przekopywali zgliszcza. Choć kilkoro dzieci udało się uratować, tragedia pochłonęła życie 139 uczniów i 5 nauczycieli.

Dzień później do Aberfan przybył psychiatra John Barker (od dawna interesujący się zjawiskami paranormalnymi) mając zamiar sprawdzić, czy niektórzy z miejscowych mogli w jakiś sposób przewidzieć tragedię. W gazecie „Evening Standard” zamieścił on ogłoszenie, w którym prosił czytelników, którzy doświadczyli wizji tragedii o kontakt. Niebawem otrzymał on z całej Anglii i Walii 60 listów, a przynajmniej połowa ich nadawców twierdziła, iż otrzymali oni całkiem jasne senne wskazówki co do wydarzeń z 21 października.

Jedna z najbardziej przejmujących relacji pochodziła od rodziców 10-letniego dziecka, które zginęło w katastrofie. Na dzień przed lawiną ich córka miała sen, w którym widziała siebie starającą się wejść do szkoły, jednak „szkoły nie było”, a na jej miejscu zalegało „czarne coś, zbiegające się ze wszystkich stron”. W innym przypadku, pani H.M., 54-letnia mieszkanka Barnstable stwierdziła, że na noc przed tragedią widziała we śnie grupę dzieci uwięzionych w sali. W jej „wizji” część pomieszczenia była zablokowana przez drewniane bale, a dzieci próbowały wspiąć się na nie, aby uciec. Pani H.M. była tym tak zaniepokojona, że zadzwoniła do swego syna prosząc o specjalną uwagę nad dwoma małymi wnuczkami. Takich przypadków było znacznie więcej.

Wiara w to, że ludzie mogą widzieć przyszłość w swoich snach jest zdumiewająco powszechna, a niedawne szacunki wskazują, że przynajmniej jedna-trzecia ludzi doświadczyła kiedyś czegoś podobnego. Czy rzeczywiście są to jednak przebłyski rzeczy, które mają się wydarzyć?

Akcja przeszukiwania gruzów szkoły w Aberfan.


Od wieków pytanie to dręczyło największych myślicieli, jednak dopiero w ostatnim stuleciu uczeni doszli w tej sprawie do konkretniejszych wniosków. Od lat 50-tych XX wieku naukowcy zaczęli zapraszać ochotników do spędzenia nocy w specjalnych laboratoriach, monitorując ich pobyt w krainie Morfeusza i budząc za każdym razem, kiedy tylko przytrafiał im się sen. Uczeni prosili ich wówczas o opisanie tego, co widzieli. Dzięki temu udało się ustalić wiele ciekawych szczegółów związanych ze śnieniem. Niemal każdy z nas ma sny w kolorze. Choć niektóre z nich są dziwaczne, wiele z nich wypełniają codzienne czynności takie jak mycie naczyń czy zamartwianie się o wydatki. Jeśli komuś śpiącemu poświeci się w oczy, puści muzykę lub spryska go wodą, bodźce te z pewnością odbiją się na treści jego marzeń sennych, jednak najbardziej zdumiewające jest to, że wielu z nas doświadcza znacznie większej ilości snów, niż myśli.

Specjaliści odkryli, że każdej nocy mamy średnio po ok. 4 sny, z czego każdy trwa jakieś 20 minut. Zwykle nie pamiętamy z nich nic, przez co większość ludzi odnosi wrażenie, że śni znacznie mniej niż w rzeczywistości. W większości przypadków szybko o nich zapominamy, jednakże niekiedy dzieje się inaczej, przez co utrwalają się one w pamięci. Dzięki temu łatwo niekiedy odnieść wrażenie, że dzięki snom przewidujemy przyszłość. To jednak dopiero mała część całej tej historii.

Prezydent Lincoln ma sen
John Wilkes Booth oddaje strzał do prezydenta, który zmarł w wyniku obrażeń mózgu kilka godzin później.
W wielu książkach poświęconych zjawiskom paranormalnym natknąć się można na niezwykły sen, który wyśnił Abraham Lincoln. Zgodnie z opowieścią, na początku kwietnia 1865 r., udał się on do bliskiego przyjaciela i jednocześnie ochroniarza, Warda Hilla Lamona i opowiedział mu swój raczej niepokojący sen, w czasie którego mógł on odczuć „towarzyszącą śmierci sztywność” ciała i słyszeć zawodzenia żałobników rozchodzące się po Białym Domu. Po przejściu we śnie budynku, dotarł on do Wschodniej Sali i natknął się na ciało, wokół którego zgromadził się tłum opłakujący zmarłego. Kiedy Lincoln zapytał, kim był denat, okazało się, że to prezydent, który zginął od kuli zamachowca.

Dwa tygodnie później prezydent wraz z małżonką wybrali się do Ford’s Theathre w Waszyngtonie, a niedługo po zakończeniu sztuki, Lincoln został zastrzelony przez znanego aktora i zwolennika konfederatów, Johna Wilkesa Bootha.

Z wyjaśnieniem tego przedziwnego incydentu próbowali uporać się badacze snów. Pod koniec lat 60-tych zorganizowali oni przełomowy eksperyment na grupie pacjentów uczęszczających na sesje terapeutyczne, których celem była próba poradzenia sobie z psychologicznymi efektami towarzyszącymi przejściu poważnego zabiegu chirurgicznego. Badacze monitorowali sny ochotników przez kilka kolejnych nocy odkrywając, że w dniach kiedy uczestniczyli oni w sesjach, częściej miewali sny związane z problemami medycznymi. Dla przykładu, jeden z pacjentów, który miał problemy z sączkami pozostałymi mu po operacji śnił nadzwyczaj często o rurkach umieszczanych w jego ciele. Mówiąc krótko, sny pacjentów zwykle odzwierciedlały ich obawy. Podobne badania ujawniły ten sam efekt. Zawartość snów była nie tylko zależna od wydarzeń rozgrywających się w naszym środowisku, ale także odzwierciedlała wszelkie tkwiące w naszych umysłach obawy.
Joe Nickell, badacz zjawisk paranormalnych twierdzi, że dzięki temu można także wyjaśnić przypadek Lincolna. Zauważył on bowiem, że prezydent miał dość spore powody, aby obawiać się zamachu. Tuż przed inauguracją ostrzeżono go, aby unikał przejazdu przez Baltimore, ponieważ odkryto tam zalążki spisku przeciwko niemu. Doszło także do prawie udanego zamachu na jego życie, kiedy niedoszły zabójca przestrzelił prezydentowi cylinder. W świetle tych wydarzeń sen Lincolna nie wydaje się być już tak niezwykły.
Ciało prezydenta Lincolna. Czy podobny obraz widział w swym słynnym śnie?
Ten sam scenariusz mógł wypełnić się w przypadku rzekomych przypadków prekognicji zapowiadających tragedię w Aberfan. Na początku artykułu wspomniano o jednej z dziewczynek, która na dzień przed śmiercią opowiedziała rodzicom o śnie na temat „czegoś czarnego” spływającego na szkołę, której już nie było. W rzeczywistości na kilka lat przed katastrofą lokalne władze wykazywały sporą obawę o umieszczanie odpadów kopalnianych na zboczu wzgórza, jednak zostało to zignorowane przez kopalnię. Nie ma możliwości, aby ustalić to w stu procentach, jednakże można stwierdzić, że sen dziewczynki był odzwierciedleniem tych niepokojów.

Co jednak z innymi przypadkami, w których ludzie dostarczali dowodów na to, że wyśnili tragedię, choć ich sny wcale nie odzwierciedlały ich niepokojów i obaw? Aby do zbadać, należy przeskoczyć ze świata snów, w dziedzinę statystyki.

Prawo wielkich cyfr

Przyjrzyjmy się bliżej liczbom, które wiążą się z rzekomo nadprzyrodzonymi doświadczeniami. Po pierwsze, wybierzmy jednego z Brytyjczyków i nazwijmy go Brian. Każdej nocy od 15 do 75 roku życia miewał on sny. 60 lat śnienia dało mu w sumie 21900 nocy. Przyjmijmy, że wydarzenie na skalę katastrofy w Aberfan zdarza się tylko raz na jedno pokolenie, w czasie jednego dnia. Załóżmy tez, że Brian zapamięta sen o tragedii tylko raz w życiu. Szanse na to, że wyśni on go na dzień przed tragedią wynoszą ok. 22000 do 1, więc nie dziwi, że jeśli komuś wydarzy się coś podobnego, będzie tym wielce zaskoczony.

Tu pojawia się jednak pewien problem, bowiem jeśli Brian stawia się tutaj w centrum zainteresowania, jest to nieco egoistyczna postawa. W latach 60-tych Wielką Brytanię zamieszkiwało ok. 45 milionów ludzi i coś podobnego mogło przydarzyć się każdemu. Ponieważ prawdopodobieństwo wyśnienia czegoś podobnego w przypadku jednostki oszacowane zostało na 22000:1, możemy założyć, że 1 osoba na każde 22000 doświadczy czegoś takiego raz w życiu.

Wszystko to wiąże się z tzw. Prawem wielkich liczb, które mówi, że niezwykłe wydarzenia zdarzają się wtedy, kiedy istnieje ku nim wiele możliwości. Jest to dokładnie tak, jak z większością loterii. Szanse, iż całą pulę zgarnie jedna osoba są jak milion do jednego, jednak i tak wiele ludzi przed każdym losowaniem zaopatruje się w los.

Poszukiwanie dowodów na
prekognicję to zadanie trudniejsze niż można sobie wyobrażać. Nasz przykład dotyczy jedynie ludzi śniących o tragedii w Aberfan, a przecież tragiczne zdarzenia, takie jak katastrofy samolotów, tsunami, zamachy, seryjni mordercy, trzęsienia ziemi, porwania, terroryzm itp. mają miejsce codziennie.

Naukowcy zajmujący się snami i statystyką sugerują, że
sny prekognicyjne wynikają z naszej selektywnej pamięci, niepokojów oraz prawa wielkich liczb. Oczywiście zawsze można się z tym spierać twierdząc, że choć wyjaśnienie to zdaje się mówić nam wiele o ich naturze, istnieją także przypadki, w których bardziej trafne wydają się być teorie parapsychologiczne. Z ich weryfikacją wiążą się jednak spore problemy. Proszenie ludzi o nadsyłanie treści snów tuż po wielkiej tragedii nie jest zbyt dobre, ponieważ może dojść tu do pewnych nadużyć, a oni sami zgłoszą zwyczajnie jeden sen, który im się zdarzył lub też wstrzelą się swą wizją o katastrofie w oczekiwany model. Nie da się także poprosić ludzi, aby wyśnili sen o zdarzeniu, którego przewidzieć się nie da. Otrzymujemy za to zapisy o „proroctwach” dotyczące zdarzeń, których nie da się przewidzieć i zaplanować. Zgodnie z prawem wielkich liczb, w tej nawale pojawi się część, która będzie mieć rys wiarygodności.

Zniknięcie małego Lindbergha
Charles Lindbergh (1902-74) 
W 1927 r. 25-letni pilot American Air Mail, Charles Lindbergh zyskał międzynarodową sławę dzięki pierwszemu przelotowi przez Atlantyk bez międzylądowania. 2 lata później poślubił on Anne Spencer Morrow, z którą pobił kilka kolejnych lotniczych rekordów (np. przelatując z Afryki do Ameryki Południowej czy eksplorując polarne drogi powietrzne z Azji do Ameryki Północnej), przez co małżeństwo zaczęło przyciągać sporą uwagę. W 1930 r. na świat przyszedł pierwszy syn Lindberghów, Charles Junior, a rodzina przeprowadziła się do dużego domu w Hopewell w stanie New Jersey.

Jednak 1 marca 1932 r. ich świat zmienił się na zawsze. Około godziny 22, opiekunka poinformowała Charlesa Seniora, że dziecko zostało porwane i zażądano za nie 50 tys. dolarów okupu. Lindbergh szybko chwycił za broń i zaczął przeczesywać posesję. Wkrótce odkrył drabinę, po której ktoś dostał się do okna dziecięcego pokoju. Wezwano policję, a sprawę przejął płk Norman Schwarzkopf, który zorganizował szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą.

Kilka dni po tym, jak nagłośniono historię o porwaniu, psycholog z Harvardu, Henry Murray, zdecydował się zorganizować eksperyment związany z proroczymi snami. Przekonał on jedną z ogólnokrajowych gazet, aby wystosowała do czytelników prośbę o jakiekolwiek wskazówki dotyczące tego przypadku, które mogły pojawić się w ich snach. Słowo o eksperymencie Murray’a przechodziło z ust do ust i ostatecznie otrzymał on ponad 1300 odpowiedzi. Z ich oceną musiał jednak poczekać dwa lata, aż cała sprawa została rozwiązana.

W ciągu kilku dni od porwania, Lindbergh publicznie zaapelował do kidnaperów o rozpoczęcie negocjacji, jednak nie doczekał się odpowiedzi. Kiedy jednak emerytowany nauczyciel John Condon zaoferował się w prasie jako łącznik i dołożył do okupu 1000 dolarów, otrzymał serię listów od rzekomych porywaczy. 2 kwietnia jeden z nich miał spotkać się z nim na cmentarzu na Bronxie i otrzymać 50 tys. dolarów w certyfikatach złota w zamian za informacje o dziecku. Dzięki temu uzyskał informację, że dziecko znajduje się na łodzi u wybrzeży Massachusetts, jednak Lindbergh nie mógł jej znaleźć.

12 maja 1932 r. pewien kierowca ciężarówki zatrzymał się w pobliżu domu Lindbergha i udał się do lasku za potrzebą. Tam natknął się na płytki grób, w którym spoczywało ciało Charlesa Juniora. Jego czaszka nosiła ślady pęknięcia, brakowało mu też lewej nogi i obu rąk. Patolog określił, że mały Lindbergh nie żył od dwóch miesięcy a przyczyną śmierci był cios zadany w głowę.

Policja starała się rozwiązać tą zagadkę przez ponad 2 lata. We wrześniu 1934 r. jeden z pracowników stacji benzynowej zwrócił uwagę na podejrzanego klienta, który zapłacił za paliwo dziesięciodolarowym certyfikatem złota. Pracownik zanotował jego numery rejestracyjne. Wkrótce okazało się, że to nielegalny imigrant z Niemiec, drwal Bruno Richard Hauptmann. Po rewizji w jego domu policja odnalazła tysiące dolarów przekazanych przez Lindbergha jako okup. Mężczyznę aresztowano i po procesie skazano na śmierć.
List gończy po porwaniu Charlesa Lindbrgha Juniora
Sprawa została zamknięta, więc Murray mógł działać. Przebadał swą kolekcję rzekomych wizji proroczych, szukając w nich trzech typów informacji, które mogły wspomóc policyjne dochodzenie. Wśród wyodrębnionych elementów znajdował się fakt, że dziecko nie żyło, że zostało pochowane i że jego grób znajdował się w pobliżu lasku. Tylko 5 procent nadesłanych snów wskazywało, że mały Lindbergh nie żyje a jedynie 4 z 1300 relacji mówiły o jego grobie w pobliżu lasu. Nikt ponadto nie wspominał o okupie i innych podobnych sprawach przejawiających się w procesie. Murray doszedł do wniosku, że jego odkrycia nie pozwalają na łączenie ze sobą przyszłych wydarzeń z treścią marzeń sennych.

Od tysięcy lat ludzie uważali, że w snach dostarczane są im ulotne wskazówki dotyczące tego, co ma nastąpić. Nauka dostarcza nam jednak wyjaśnień na temat mechanizmu powstawania tych proroctw. Jak się okazuje, śni nam się znacznie więcej, niż przypuszczamy, a pamiętamy tylko te sny, które zdają się spełniać nasze oczekiwania. Wiele z pozostałych oscyluje wokół tematów, które wiążą się z naszymi obawami, przez co łatwiej połączyć je z tym, co ma nas czekać. Każdej nocy ludzkość śni miliardy różnych snów, a w tej masie zawsze znajdzie się jakiś, który może pasować do przyszłych wydarzeń.