środa, 1 czerwca 2011

Czym jest MILOSC?

Czym jest miłość? Na ten temat rozpisywało się już wielu filozofów i twórców, zabierała głos nawet nauka i jest to dalej zjawisko niezbadane, bo występuje i rodzi się w stanie „ducha”, a wszelkie zjawiska chemicznie w organizmie, które występują w stanie zakochania są jedynie jego skutkiem a nie przyczyną. Jeszcze nikomu nie udało się wywołać tego zjawiska sztucznie przez podanie do organizmu jakichkolwiek specyfików obecnych w organizmach w stanie „zakochania” W tej chwili nauka klasyfikuje i odróżnia wiele rodzajów miłości, lecz odróznia je niewłaściwie na podstawie istnienia w nich elementu seksu lub też nie. Takie podejście nie ma najmniejszego sensu, bo jak wszystkim wiadomo seks świetnie się ma i funkcjonuje bez miłości, więc nie musi również być elementem koniecznym w istnieniu tego uczucia. Będąc samo w stanie miłości, w stanie zakochania do kogoś, można z nim razem w tym czasie kopać grządki w ogródku, ale nikt nie powie, że ta czynność jest niezbędnym składnikiem istnienia miłości.

Nam chodzi o prawdziwą czystą miłość i o nic więcej.

Cóż to takiego jest?

Prawdziwa miłość polega, na dawaniu, na bezinteresownym obdarzaniu szczęściem ukochanej osoby i musi to być naprawdę, bezinteresowne, czyste i altruistyczne obdarzanie szczęściem.

Jak to funkcjonuje w praktyce?

Kochająca prawdziwa miłością osoba, zainteresowana jest jedynie jednym – tym, aby ktoś, kogo nią obdarza, ten, do kogo czuje miłość był szczęśliwy jak tylko się najbardziej da i niekoniecznie tylko za sprawą obdarzającego miłością. Taka miłość powinna działać dwubiegunowo. Jeżeli osoba obdarzana przeze mnie miłością jest szczęśliwa, to i ja jestem szczęśliwy z tego powodu. Jestem również szczęśliwy, jeżeli ta osoba jest dodatkowo uszczęśliwiana przez inne czynniki związane z jej życiem, niekoniecznie związane ze mna, bo nie jest ważne czy szczęście kochanej przeze mnie osoby pochodzi tylko i wyłącznie ode mnie, ale ważne jest jej szczęście w ogóle i tylko to jest ważne. Kochamy kogoś za to jest. Za wszystkie jego dobre i złe cechy i cieszymy się jego szczęściem.

Jeżeli chcemy zostać jedynym dostawcą szczęścia dla drugiej osoby, to wtedy już nie możemy mówić o miłości. Takie „kochanie”, to nie miłość, tylko zawłaszczanie drugiej osoby, a nikt nie może być własnością innej osoby. Nie pomogą tutaj żadne argumenty typu „związek małżeński” i inne. Nawet małżeństwo nie daje żadnemu z małżonków prawa do rozporządzania drugą stroną i narzucania jej tego, co wolno a co nie.

Często można spotkać opinię, że miłość nieodwzajemniona jest tragedią kochającego. Jeżeli tak jest rzeczywiście to „kochającemu” tylko wydaje się, że kocha, bo oczekuje czegoś w zamian za swoje uczucie, a to już nie jest bezinteresowna miłość, tylko rodzaj handlu wymiennego „Ja Ciebie pokochałem i teraz czekam na rewanż”.

Nie. To nie jest miłość. Miłość ma dawać a nie brać szczęście. Owszem Miłość dawaną należy przyjąć i zaakceptować jak każdy dar, ale nie można jej oczekiwać i jej wymagać od kogokolwiek, albowiem miłość nie jest towarem na sprzedaż.

Jednak wielu ludzi inaczej sądzi i oczekuje od drugiej strony tak samo wylewnych uczuć, jakie oni sami prezentują. Jeżeli tak się stanie to bardzo dobrze, bo tak powinno być.

Miłość miłości nie jest równa. Są różne jej rodzaje i stopnie natężenia. Na przykład układ koleżeński pomiędzy dwoma osobami, albo tzw. przyjacielski, jest również z punktu widzenia świetlnych istot miłością, tylko jest ona innego rodzaju, ale tak samo cenna jak wszystkie inne.

Miłość sama z siebie niczego nie generuje dla potrzeb „pola uczuciowego”. Jest tylko stanem więzi pomiędzy ludźmi, jest łącznikiem pomiędzy nimi, wywołującym dopiero pozytywne stany „zadowolenia” i dopiero taki stan generuje pozytywne emanacje, mające wpływ na ”pole uczuć”. Jest to zrozumiałe, bo ten, kto „kocha”, nie emanuje niczego np. podczas snu.

Jeżeli ludzie nie zrozumieją, że miłość musi być bezinteresowna i altruistyczna, nie będą w stanie zrozumieć oczekiwań sfery światłości, bo owszem, być może spowodują chwilowe zwiększenie emanacji pozytywnej energii, ale uczucia negatywne będą produkowane nadal, i jeżeli nie ma bezinteresowności, przewaga negatywnych uczuć będzie wyraźna, bo pojawi się zazdrość, a ta jest w stanie zabić wszystko, każde szczęście i każdą miłość.

Aby być bezinteresownym, trzeba też zrozumieć, że każdy z nas ma swoje potrzeby i duchowe i cielesne, które pragnie zaspokoić, i że jest to konieczne dla prawidłowego funkcjonowania jednostki. Niezaspokojenie tych potrzeb, wywoła uczucie niezadowolenia, większe lub mniejsze, zależnie od rodzaju potrzeby.

W nieprawdziwej miłości, miłości zaborczej, podczas której osobnik „kochający”, chce mieć kochany obiekt tylko dla siebie i na swoje potrzeby, ogranicza się potrzeby tej drugiej osoby, na zasadzie zawłaszczenia uczuć i ograniczenia pola pozytywnej emanacji do tylko dwóch osób, jednocześnie zawłaszczona jednostka, jest mocno ograniczana w ilości pozytywnych stanów uczuciowych, jakie może wygenerować, a to ograniczenie, zamienia się automatycznie w emanację negatywnej energii uczuciowej.

Można by się, zatem spytać, po co jest w ogóle potrzebna miłość, skoro stany pozytywnego zadowolenia, można osiągnąć i bez niej?

Odpowiedź na to pytanie jest prosta i niepodlegająca dyskusji:

Prawdziwa miłość jest w stanie wykreować o wiele więcej tych pozytywnych stanów, jest stymulatorem, nieustającego zadowolenia i wszechobecnego szczęścia, które jest tak niemile widziane, przez istoty, żywiące się naszymi negatywnymi „odpadkami”, bo tylko tak można nazwać to, co w nas złe i negatywne. Dlatego tak ważne jest, abyśmy umieli kochać, ale jak jeszcze raz trzeba podkreślić, kochać innych i tylko innych, a wtedy, kiedy to zrozumiemy, kiedy będziemy wiedzieli, że z powodu i w efekcie naszej miłości, inni będą szczęśliwsi, wtedy i my będziemy szczęśliwi. W momencie, kiedy efekty naszej miłości będziemy chcieli zagarnąć dla siebie, staniemy się siewcami zła, bo nasz własny prywatny stan zadowolenia, będzie tylko małą wysepką dobra, otoczoną przez wody, żalu, zniechęcenia i niespełnionych pragnień.

Odwiedziny, czyli u progu tajemnicy

Swiat po Armageddonie

Pozegnanie z Sai Baba

Hinduski guru nigdy nie dał się zbadać uczonym, którzy chcieli zweryfikować jego cuda. Dzięki temu jego legenda trwa, niezależnie od tego, co starał się ukryć przed swymi wyznawcami. Choć pomylił się co do daty swej śmierci zapowiedział swój powrót. Już niedługo w stanie Karnataka na świat przyjść ma Prema Sai Baba. Gdzie leży granica miedzy baśnią a faktami w związku z postacią Sathya Sai?
Dla swoich zwolenników Sai Baba był jak żyjący bóg i nigdy nie starał się temu zaprzeczać. Często lubił porównywać się do takich postaci, jak Chrystus, Kriszna czy Budda twierdząc, że był on awatarem naszego wieku – żywym posłannikiem niebios. Jego krytycy twierdzili, że był on zwyczajnym szarlatanem, choć wielce oryginalnym i obdarzonym ogromną charyzmą.
Choć zaczynał dość skromnie, do końca XX stulecia liczba jego wyznawców wzrosła do ok. trzech milionów ludzi rozsianych po całym globie. Dzięki temu stał się on potężną i wpływową postacią w życiu społecznym i politycznym Indii. Wśród jego zwolenników znajdowało się wiele wysoko postawionych urzędników, w tym kilku prezydentów i szefów rządu (takich jak Deva Gowda czy Narasimha Rao), którzy odwiedzali go w jego aśramie w mieście Puttaparthi w południowych Indiach.
Sława Sai Baby rosła głównie dzięki pogłoskom o jego nadprzyrodzonych mocach, wśród których znajdowała się zdolność do materializacji przedmiotów związanych z hinduistycznym kultem, takich jak amulety, pierścienie i wisiorki, produkcja vibhuti – świętego proszku, który sypał w wielkich ilościach spomiędzy palców czy też „wypluwanie” kamiennych lingamów.
Dzięki temu zwrócił on na siebie uwagę wielu sceptyków, którzy twierdzili, że podobne materializacje były nieco wyższym stopniem opanowania sztuki kuglarskiej, którą uprawia każdy indyjski uliczny magik. Sai Baba uparcie odmawiał jednak poddania się naukowym badaniom mogącym zweryfikować jego zdolności twierdząc, że były one „wyrazem nieograniczonej boskiej siły. Wy nazywacie je cudami, a dla mnie są one częścią życia.”
Podobna mieszanka mitu, baśni i hagiografii, która narosła wokół Sathya Sai Baby sprawiła, że trudno ustalić fakty na temat jego życia. Uważa się, że urodził się 23 listopada 1926 r. jako Sathya Narayana Raju w miejscowości Puttaparthi w stanie Andhra Pradeś.
Zgodnie z legendą, jako dziecko unikał miejsc, w których zabijano zwierzęta a także sprowadzał do domu żebraków, których karmił. W wieku 14 lat, po ugryzieniu przez skorpiona, zaczął on miewać halucynacje przypominające histerię. Uznając syna za nawiedzonego, jego rodzice sprowadzili doń lokalnego egzorcystę, który ogolił jego głowę i wyciął na niej trzy znaki „X”.
Jakiś czas później chłopiec ogłosił, że jest nowym wcieleniem Sai Baby z Śirdi – jednego z najbardziej znanych hinduskich świętych, który zmarł w 1918 r. Aby to udowodnić, rzucił on na ziemię kwiaty jaśminu, które ułożyły się w imię „Sai Baba” pisane alfabetem Telugu. Jakiś czas potem opuścił on swój dom a w czasie podróży zgromadził sporą ilość wyznawców, dzięki którym w 1950 r. powstał jego pierwszy aśram w Puttaparthi.
Sai Baba twierdził, że jego misja miała charakter ekumeniczny – logo jego organizacji zawierało symbole wszystkich wielkich wyznań, choć jego nauczanie opierało się głównie o hinduistyczne podejście do człowieka i Boga, którzy pozostają niepodzielni dzięki atmanowi lub „odwiecznej duszy”, która znajduje się w każdym stworzeniu.
W tym ujęciu wszyscy ludzie zdawali się być częścią Boga, jednak wierni twierdzili, że Sai Baba jest nim trochę bardziej. Jeden z jego najbliższych towarzyszy, prof. N. Kasturi, autor jego czterotomowej biografii opisał go jako „awatara o wielu twarzach” – wcielenie Ramy, Chrystusa, Kriszny, Buddy i Zaratustry. Jednym z jego najbardziej niezwykłych zwolenników był watykański ksiądz Don Mario Mazzoleni, który w 1990 r. wydał książkę pt. „A Catholic Priest Meets Sai Baba” („Katolicki ksiądz spotyka Sai Babę”), w której oświadczył, że Chrystus i hinduski guru byli jedną i tą samą manifestacją Boga na ziemi. Po wezwaniu przez Watykan do zaprzeczenia swoim „heretyckim doktrynom”, Mazzoleni został ekskomunikowany w 1993 roku.
Przesłanie Sathya Sai i jego rzekome cudowne zdolności przyniosły mu ogromną popularność, także na Zachodzie, a zainteresowanie jego postacią wykraczało daleko poza kręgi hipisowskie i zwolenników New Age, którzy podróżowali do Indii w poszukiwaniu oświecenia. Wieś, w której Sai Baba przyszedł na świat do lat 1990. rozrosła się do rozmiarów miasta posiadającego własny port lotniczy pomagający w obsłudze ruchu pielgrzymkowego.
Dwa razy dziennie Sai Baba – charakterystyczny guru o fryzurze afro, ubrany w czerwonawą szatę, pojawiał się w „darshanie” – głównej świątyni jego aśramy. Przemykał wówczas między wielbiącymi go tłumami, materializując popiół vibhuti w ręce tych, którzy uzyskali możliwość prywatnej audiencji. Jego zwolennicy mówili o częstych uzdrowieniach lub widzeniu Sai Baby w snach. Guru potrafił ponadto czytać w ich myślach, co dla wiernych było przejawem jego „wszechwiedzy”, choć sceptycy podejrzewali, że zwyczajnie „strzela” wydając swe rady i proroctwa. Islandzki badacz prof. Erlendur Haraldsson przeprowadził wywiady z 29 osobami, które miały być świadkami zdolności Sai Baby do czytania w myślach. Spośród nich 19 stwierdziło, że nie pomylił się w swoich odczytach, w 5 przypadkach powiedział „częściową prawdę”. W innych przypadkach niestety nie trafiał, mówiąc np. jednej kobiecie proszącej o radę, że „powinna wyjść za mąż”, choć już była mężatką.
Wraz z tym, jak rozrastała się jego organizacja, pod imieniem Sai Baby zakładano sieć szkół podstawowych i wyższych, a jego program wychowawczy o nazwie „Edukacja w wartościach ludzkich” został zaakceptowany przez szkoły w Europie i Ameryce. Najbardziej widocznym przejawem jego wpływów był ukończony na 70-te urodziny guru projekt wodny o nazwie Rayalaseema, który dostarczył wodę pitną do kilkuset wsi i kilku miast stanu Andhra Pradeś.
Sai Babę zawsze otaczał jednak pewien całun tajemnicy wiązany z jego sprawami finansowymi i innym rzeczami, które działy się w aśramie. W 1993 r. stał się on celem zamachu, kiedy do jego prywatnej kwatery wtargnęło czterech uzbrojonych mężczyzn, zabijając szofera i kucharza guru. On sam wyszedł z tego bez szwanku, a zamachowcy zostali zastrzeleni przez policję.
Zgodnie z oficjalnymi informacjami, próba zamachu była wynikiem walk między frakcjami wiernych, które zostały odsunięte od wpływów w aśramie. Jednak próba targnięcia się na życie Sai Baby odsłoniła inne ciemne strony jego działalności, na które zaczęto zwracać coraz więcej uwagi. Chodziło m.in. o molestowanie chłopców, do czego guru miał dopuszczać się w czasie „prywatnych audiencji”. Zła sława Sai Baby zaczęła szerzyć się wraz z rozpowszechnianiem się Internetu, choć on sam zdawał się niewzruszony słowami krytyki. Nigdy też indyjskie władze nie zajęły się oficjalnie jego sprawą, a wierni nadal napływali do Puttaparthi tysiącami.
Sathya Sai baba pomylił się co do jeszcze jednej rzeczy. W 1963 r. oświadczył, że będzie żył do 2020 r. Nie było to jednak ostatnie proroctwo, bowiem do 2028 ma pojawić się na ziemi jego „trzecia inkarnacja” – Prema Sai, który przyjdzie na świat w wiosce Gunaparthy w stanie Karnataka. – Dzięki jego wysiłkom, miłość, dobra wola, braterstwo i pokój rozprzestrzenią się po świecie – mówił Sai Baba.

Inne wymiary, inni ludzie

Istnieją opowieści o ludziach, którzy nagle wkroczyli do zupełnie innej, często całkowicie im obcej rzeczywistości lub też w niewiadomy sposób przepadali, niemal rozpływając się w powietrzu. Gdzie się podziali? Czy możliwe jest, że zostali przypadkowo wessani do którejś z równoległych rzeczywistości? Literatura poświęcona zjawiskom niezwykłym pełna jest opowieści o chronomirażach – przebłyskach z innej czasoprzestrzeni. Czy o istnieniu paralelnych rzeczywistości, o których istnieniu piszą fizycy, można się przekonać na własnej skórze?____________________Scott Corrales, Inexplicata

Ludzie mówiący o swych dziwnych doświadczeniach zbywani są przez sceptyków argumentami, których podstawą jest fakt, że nie mają nic na poparcie swoich doświadczeń. Nieznane zjawiska nie zawsze bowiem potrafią usiedzieć w miejscu i częstokroć mają bardzo ulotny lub osobisty charakter. Wydaje się zatem, że nieuchwytna paranormalna rzeczywistość pozostanie przez długi czas niezakłócona przez naukę, przynajmniej na niektórych polach. Szczególny charakter mają przypadki takie jak ten, który opisany został w wenezuelskiej gazecie El Tiempo przez dziennikarza Segundo Peñę. Ów dziwny incydent miał miejsce w mieście Merida, a jego bohaterem był pochodzący z miasta Trujillo pracownik ULA (Uniwersytetu Andyjskiego), który pewnego dnia wyszedł na uczelniany parking i na oczach dziesiątków studentów i kilku kolegów – wykładowców, wszedł do swego samochodu. Nigdy go już potem nie widziano. Samochód pozostał jednak tam, gdzie był.

Jak pisze Peña, właściciel samochodu (którego nazwiska dla dobra rodziny nie podał) „wsiąkł na ponad 40 lat. Czy został uprowadzony? A może stoją za tym siły spoza naszego wymiaru? Nauka mówi swoje twierdząc, że w psychologii od dawna wiadomo, że w wielu przypadkach za podobne zjawiska odpowiadać mogą iluzje percepcyjne, zła interpretacja, halucynacje czy skłonna do fantazjowania osobowość. Tajemnica jednak pozostaje nierozwiązana i nadal trwa.”
Historia o jednym z najsłynniejszych grupowych zaginięć przedstawiona została w filmie Petera Weira pt. Piknik pod Wiszącą Skałą". Choć historia o zaginięciu grupy dziewcząt była bardzo chwytliwa i przez wielu uważana za autentyczną, jest fikcją literacką powstałą na podstawie powieści Joan Lindsay. 

Peña nie podał żadnych dat ani nazwisk, jednak przywołana przez niego historia przypomniała wiele innych dziwacznych zaginięć, o których wspominała literatura nt. zjawisk paranormalnych. Niektórzy zakładali nieco fantastyczny scenariusz, w którym mężczyzna ten został w dziwny sposób przeniesiony do równoległej rzeczywistości, różniącej się od naszej pewnymi subtelnymi szczegółami.

W wielu przypadkach mamy jednakże do czynienia z relacjami, w których występuje obfitość informacji. Alberto Luis Fernández, kierownik hiszpańskiego Revista Avalon, pisał o bardzo charakterystycznym przypadku kobiety, która wierzy, że została przeniesiona z naszej rzeczywistości do innej. „Nie możemy mieć pewności, że cała ta sprawa nie jest wymysłem, ale mimo wszystko jest bardzo interesująca. Jeśli jest prawdziwa, coś takiego może przydarzyć się każdemu z nas w najmniej oczekiwanym momencie” – pisze Fernández we wstępie do tej opowieści.

W czerwcu 2008 r. Lerina Garcia wysłała na adres pewnej strony internetowej list z prośbą o pomoc. Aby lepiej zrozumieć ten przypadek, przytoczmy jego treść w całości:

„Mam 41 lat i wierzę, że udało mi się przeskoczyć do
równoległego wszechświata. Trudno mi o tym mówić, bowiem każdy będzie uważał mnie za szaloną i nie da wiary w moje słowa. Jeśli komuś zdarzyło się coś podobnego, niech mnie o tym powiadomi. Przejdę jednak do mojej opowieści. Pewnego dnia obudziłam się i… odkryłam, że wszystko wygląda inaczej, ale nie miało to nic wspólnego z podróżą w czasie i podobnymi sprawami. Był to na pozór normalny dzień, ale wiele rzeczy wydawało się nie takich, jak w rzeczywistości. Niektóre z nich były drobne, ale bardzo istotne. Cztery miesiące temu obudziłam się na pozór normalnego ranka. Byłam w wynajętym domu, gdzie mieszkam już 7 rok. Wszystko wyglądało jak zwykle, choć nie zwróciłam uwagi, że mam na sobie nie swoją pidżamę. Pojechałam do pracy i zaparkowałam na tym samym miejscu, na którym parkuję od 20 lat. Ale kiedy udałam się na stanowisko pracy okazało się, że… go nie ma. Na drzwiach wisiały tabliczki z nazwiskami, ale mojego tam nie było. Pomyślałam, że pomyliłam piętra, ale nie – było to moje piętro. Przeszłam następnie do innej części i sprawdziłam. Okazało się, że nadal tam pracuję, tylko w innym dziale, a dyrektorowi powiedziałam, że nawet o tym nie wiem! Przeszłam potem we wskazane miejsce, ale powiedziałam, że czuję się źle i wyszłam. Wszystko inne, w tym zawartość mojej torebki, wyglądało normalnie – mój dowód osobisty, karty kredytowe itp., ale nie pamiętałam żadnych zmian w pracy. Zaraz potem poszłam do lekarza i przeszłam test na obecność narkotyków i alkoholu we krwi. Byłam czysta. Następnego dnia poszłam do pracy, dowiadując się, jak to wszystko wygląda i wyjaśniając, że dzień wcześniej nie czułam się dobrze.

Moje mieszkanie wyglądało tak samo. Nic się nie zmieniło. Przejrzałam wszystkie papiery trzymane w domu i one też wyglądały tak samo. Po uświadomieniu sobie, że stało się coś dziwnego, podejrzewałam u siebie dziwną formę amnezji – być może coś mi się stało i nie mogłam przypomnieć sobie pewnych fragmentów mojego życia. Weszłam do Internetu i wszystko wyglądało normalnie – główne informacje w serwisie były takie jak dzień przedtem.
Z moim poprzednim partnerem, z którym byłam 7 lat, rozeszliśmy się przed 6 miesiącami. Wkrótce zaczęłam spotykać się z mężczyzną z sąsiedztwa. Znałam go bardzo dobrze – jego nazwisko, adres, pracę, jego syna a nawet jego uczelnię. Okazało się… że ten człowiek nie istnieje. Istniał przed moim „przeskokiem”, ale teraz nie ma po nim śladu. Wynajęłam detektywa, aby pomógł mi go znaleźć, ale jak się okazało na tym „planie rzeczywistości” takiego człowieka nie ma. Niebawem odwiedziłam psychologa i powiedziano mi, że to wszystko wina stresu. Uznał on to za halucynacje, ale wiem, że tak nie jest. Mój poprzedni partner jest nadal ze mną, jakby nic się nie stało. Wygląda na to, że nigdy się nie rozstaliśmy a Agustin nigdy nie istniał. Nie ma go w jego mieszkaniu, nie mogę też znaleźć jego syna. Przysięgam, że to wszystko prawda i że jestem zdrowa. Okazało się, że moja rodzina nie pamięta wielu rzeczy, takich jak operacja mojej siostry, która miała miejsce kilka miesięcy temu. Okazało się, że jej nie było. To takie niewielkie różnice, ale jednak zauważalne.
Na świecie istnieje wiele miejsc, które cieszą się szczególnie złą sławą. Teorie o równoległych wymiarach próbowano wplątać także w sagę słynnego Trójkąta Bermudzkiego, niemniej jednak opowieści o zaginięciach statków i samolotów, do których dochodzi w tym regionie to przypadki tak samo tajemnicze, co i skomplikowane, a w wielu przypadkach za ich katastrofy odpowiadały całkiem naturalne czynniki.

Jeśli zatem ktoś miał podobne doświadczenia, niech się ze mną skontaktuje. Nie mogę odnaleźć żadnego typu zaburzeń, które odpowiadałyby za to, czego doświadczam. Od pięciu miesięcy szukam informacji na temat wszelkich możliwych teorii i uważam, że doświadczyłam czegoś w rodzaju przeskoku rzeczywistości (albo czegoś takiego). Dziwi mnie tylko to, że jestem na tym samym etapie, w tym samym czasie. Wygląda to tak, jakbym straciła 5 miesięcy temu pamięć, przespała ten czas, jednak z tym wyjątkiem, ze wszyscy pamiętają mnie z tego okresu, a ja robiłam rzeczy, których byłam nieświadoma. Czy ktoś ma podobne odczucia? Dla mnie to coś bardzo poważnego…”

Czy autorka listu mogła doznać zaburzenia lub uszkodzenia mózgu, które tak bardzo wpłynęło na jej postrzeganie rzeczywistości, że zapomniała gdzie pracuje i uroiła sobie nawet nowego partnera? Sam list pozostaje co prawda wart tyle, co składające się nań litery, a w rzekome medyczne diagnozy pozostaje nam wierzyć na słowo. Wiadomo, że istnieją dziesiątki przypadków specyficznych zaburzeń osobowości, które dają cały wachlarz nietypowych doznań i doświadczeń. Czy było tak w przypadku kobiety, która wynajęła prywatnego detektywa, aby odnalazł jej zagubioną przeszłość? Tego raczej się nie dowiemy.

Goniąc króliczka

Chilijska gazeta La Tercera w 2000 r. opublikowała artykuł autorstwa Marcelo Córdovy na temat Nimy Arkani-Hameda – badacza z Lawrence Livermore National Laboratory, który sugerował, że
równoległe wszechświaty istnieją w realnej przestrzeni, wchodząc w skład naszej rzeczywistości i są one na tyle blisko jej, że możemy nawet ich „dotknąć”. Nasz świat jest pewnego rodzaju membraną wypełnioną różnego rodzaju wymiarami, choć przyjmuje się, że trójwymiarowy wszechświat oddzielony jest od równoległych rzeczywistości fizyczną bramą. Jak mówił Arkani-Hamed: „Najbardziej fascynujące jest w tym istnienie innych membran oznaczające, że żyjemy obok paralelnych wszechświatów zamieszkałych przez inne istoty, albo sami możemy żyć w alternatywnych rzeczywistościach”.
Gruszkowa dziewczynka według fotografii z Internetu.
Istnieją też dość zdumiewające przypadki. Jednym z nich jest „współczesna legenda”, której bohaterką jest dziewczynka znana jako „la niña de las peras” („gruszkowe dziecko”), którą rodzice wysłali do sadu po gruszki w miejscowości Barranco de Bajadoz (miejscu cieszącym się dość złą sławą) na Teneryfie. Dziecko zniknęło, a miejscowe władze i mieszkańcy rozpoczęli akcję poszukiwawczą w sposób taki, na jaki pozwalały im ówczesne środki. Zaginionej nie znaleziono, lecz… powróciła ona po kilku dekadach.

Zwykle za rok jej zaginięcia podaje się datę 1905, jednak gdzie indziej można spotkać także 1890 lub 1910. Zgodnie z legendą, dziewczynka wróciła wyglądając tak samo, jak w dzień, kiedy zniknęła. Jej krewni, bojąc się rzekomo o jej bezpieczeństwo, przenieśli ją z rodzinnej wsi do dystryktu San Juan. Niestety, nigdy nie udało się jednak ustalić jej tożsamości…

Większość z tych opowieści pozostaje jedynie historiami zapisanymi na papierze, zaś inna część to współczesne legendy, przekazywane z ust do ust. Podstawowym problemem jest jednak to, że podobnych opowieści nie sposób zweryfikować. Nie wolno jednak zapominać, że osoby z bagażem podobnych doświadczeń istnieją naprawdę a ich przeżycia i odczucia wydają się być dla nich jak najbardziej realne. Kwestią otwartą pozostaje czy przypadki takie powinni badać psycholodzy i psychiatrzy czy też fizycy.

Sny zwiastujace przyszlosc

W październiku 1966 r. na walijską wieś Aberfan z pobliskiej hałdy spłynęła lawina szlamu, która uderzyła w szkołę w wyniku czego śmierć na miejscu poniosło ponad 140 osób, w większości dzieci. Psycholog i badacz zjawisk paranormalnych, który przybył na miejsce dzień później odkrył, że wielu mieszkańców miejscowości miało prorocze sny o nadciągającej tragedii. Jedna z dziewczynek, która zginęła w zalanej szkole, tuż przed śmiercią wspominała rodzicom o śnie na temat „czarnej mazi”, która spływała ku szkole.  Nie są to jedyne zaskakujące przypadki, z którymi próbują zmierzyć się specjaliści od snów.____________________Richard Wiseman, Fortean Times

Aberfan to niewielka wioska w południowej Walii. W latach 60-tych większość jej mieszkańców pracowała w kopalni, która powstała na zasobnych złożach wysokogatunkowego węgla. Odpady z wydobycia składowane na stromych zboczach wzgórz otaczających miejscowość zostały podmyte przez silne ulewy przetaczające się nad Aberfan w 1966 r. Nikt nie spodziewał się, że przesiąkająca hałdę woda utworzyła kilka podziemnych strumieni, przekształcając ją w nietrwałą breję.
Widok na wieś po niszczycielskiej lawinie.
21 października 1966 r. osunęło się zbocze góry i w kierunku wsi runęło pół miliona ton kopalnianych odpadów. Większa ich część przedostała się do Aberfan i uderzyła w szkołę, zapełniając kilka sal 10 – metrową warstwą szlamu. Kilka chwil wcześniej uczniowie opuścili aulę, na której zgromadzili się na apelu, odśpiewując szkolny hymn. Kiedy rozchodzili się do klas, uderzyła lawina. Na miejsce pośpieszyła policja i rodzice, którzy w nieładzie przekopywali zgliszcza. Choć kilkoro dzieci udało się uratować, tragedia pochłonęła życie 139 uczniów i 5 nauczycieli.

Dzień później do Aberfan przybył psychiatra John Barker (od dawna interesujący się zjawiskami paranormalnymi) mając zamiar sprawdzić, czy niektórzy z miejscowych mogli w jakiś sposób przewidzieć tragedię. W gazecie „Evening Standard” zamieścił on ogłoszenie, w którym prosił czytelników, którzy doświadczyli wizji tragedii o kontakt. Niebawem otrzymał on z całej Anglii i Walii 60 listów, a przynajmniej połowa ich nadawców twierdziła, iż otrzymali oni całkiem jasne senne wskazówki co do wydarzeń z 21 października.

Jedna z najbardziej przejmujących relacji pochodziła od rodziców 10-letniego dziecka, które zginęło w katastrofie. Na dzień przed lawiną ich córka miała sen, w którym widziała siebie starającą się wejść do szkoły, jednak „szkoły nie było”, a na jej miejscu zalegało „czarne coś, zbiegające się ze wszystkich stron”. W innym przypadku, pani H.M., 54-letnia mieszkanka Barnstable stwierdziła, że na noc przed tragedią widziała we śnie grupę dzieci uwięzionych w sali. W jej „wizji” część pomieszczenia była zablokowana przez drewniane bale, a dzieci próbowały wspiąć się na nie, aby uciec. Pani H.M. była tym tak zaniepokojona, że zadzwoniła do swego syna prosząc o specjalną uwagę nad dwoma małymi wnuczkami. Takich przypadków było znacznie więcej.

Wiara w to, że ludzie mogą widzieć przyszłość w swoich snach jest zdumiewająco powszechna, a niedawne szacunki wskazują, że przynajmniej jedna-trzecia ludzi doświadczyła kiedyś czegoś podobnego. Czy rzeczywiście są to jednak przebłyski rzeczy, które mają się wydarzyć?

Akcja przeszukiwania gruzów szkoły w Aberfan.


Od wieków pytanie to dręczyło największych myślicieli, jednak dopiero w ostatnim stuleciu uczeni doszli w tej sprawie do konkretniejszych wniosków. Od lat 50-tych XX wieku naukowcy zaczęli zapraszać ochotników do spędzenia nocy w specjalnych laboratoriach, monitorując ich pobyt w krainie Morfeusza i budząc za każdym razem, kiedy tylko przytrafiał im się sen. Uczeni prosili ich wówczas o opisanie tego, co widzieli. Dzięki temu udało się ustalić wiele ciekawych szczegółów związanych ze śnieniem. Niemal każdy z nas ma sny w kolorze. Choć niektóre z nich są dziwaczne, wiele z nich wypełniają codzienne czynności takie jak mycie naczyń czy zamartwianie się o wydatki. Jeśli komuś śpiącemu poświeci się w oczy, puści muzykę lub spryska go wodą, bodźce te z pewnością odbiją się na treści jego marzeń sennych, jednak najbardziej zdumiewające jest to, że wielu z nas doświadcza znacznie większej ilości snów, niż myśli.

Specjaliści odkryli, że każdej nocy mamy średnio po ok. 4 sny, z czego każdy trwa jakieś 20 minut. Zwykle nie pamiętamy z nich nic, przez co większość ludzi odnosi wrażenie, że śni znacznie mniej niż w rzeczywistości. W większości przypadków szybko o nich zapominamy, jednakże niekiedy dzieje się inaczej, przez co utrwalają się one w pamięci. Dzięki temu łatwo niekiedy odnieść wrażenie, że dzięki snom przewidujemy przyszłość. To jednak dopiero mała część całej tej historii.

Prezydent Lincoln ma sen
John Wilkes Booth oddaje strzał do prezydenta, który zmarł w wyniku obrażeń mózgu kilka godzin później.
W wielu książkach poświęconych zjawiskom paranormalnym natknąć się można na niezwykły sen, który wyśnił Abraham Lincoln. Zgodnie z opowieścią, na początku kwietnia 1865 r., udał się on do bliskiego przyjaciela i jednocześnie ochroniarza, Warda Hilla Lamona i opowiedział mu swój raczej niepokojący sen, w czasie którego mógł on odczuć „towarzyszącą śmierci sztywność” ciała i słyszeć zawodzenia żałobników rozchodzące się po Białym Domu. Po przejściu we śnie budynku, dotarł on do Wschodniej Sali i natknął się na ciało, wokół którego zgromadził się tłum opłakujący zmarłego. Kiedy Lincoln zapytał, kim był denat, okazało się, że to prezydent, który zginął od kuli zamachowca.

Dwa tygodnie później prezydent wraz z małżonką wybrali się do Ford’s Theathre w Waszyngtonie, a niedługo po zakończeniu sztuki, Lincoln został zastrzelony przez znanego aktora i zwolennika konfederatów, Johna Wilkesa Bootha.

Z wyjaśnieniem tego przedziwnego incydentu próbowali uporać się badacze snów. Pod koniec lat 60-tych zorganizowali oni przełomowy eksperyment na grupie pacjentów uczęszczających na sesje terapeutyczne, których celem była próba poradzenia sobie z psychologicznymi efektami towarzyszącymi przejściu poważnego zabiegu chirurgicznego. Badacze monitorowali sny ochotników przez kilka kolejnych nocy odkrywając, że w dniach kiedy uczestniczyli oni w sesjach, częściej miewali sny związane z problemami medycznymi. Dla przykładu, jeden z pacjentów, który miał problemy z sączkami pozostałymi mu po operacji śnił nadzwyczaj często o rurkach umieszczanych w jego ciele. Mówiąc krótko, sny pacjentów zwykle odzwierciedlały ich obawy. Podobne badania ujawniły ten sam efekt. Zawartość snów była nie tylko zależna od wydarzeń rozgrywających się w naszym środowisku, ale także odzwierciedlała wszelkie tkwiące w naszych umysłach obawy.
Joe Nickell, badacz zjawisk paranormalnych twierdzi, że dzięki temu można także wyjaśnić przypadek Lincolna. Zauważył on bowiem, że prezydent miał dość spore powody, aby obawiać się zamachu. Tuż przed inauguracją ostrzeżono go, aby unikał przejazdu przez Baltimore, ponieważ odkryto tam zalążki spisku przeciwko niemu. Doszło także do prawie udanego zamachu na jego życie, kiedy niedoszły zabójca przestrzelił prezydentowi cylinder. W świetle tych wydarzeń sen Lincolna nie wydaje się być już tak niezwykły.
Ciało prezydenta Lincolna. Czy podobny obraz widział w swym słynnym śnie?
Ten sam scenariusz mógł wypełnić się w przypadku rzekomych przypadków prekognicji zapowiadających tragedię w Aberfan. Na początku artykułu wspomniano o jednej z dziewczynek, która na dzień przed śmiercią opowiedziała rodzicom o śnie na temat „czegoś czarnego” spływającego na szkołę, której już nie było. W rzeczywistości na kilka lat przed katastrofą lokalne władze wykazywały sporą obawę o umieszczanie odpadów kopalnianych na zboczu wzgórza, jednak zostało to zignorowane przez kopalnię. Nie ma możliwości, aby ustalić to w stu procentach, jednakże można stwierdzić, że sen dziewczynki był odzwierciedleniem tych niepokojów.

Co jednak z innymi przypadkami, w których ludzie dostarczali dowodów na to, że wyśnili tragedię, choć ich sny wcale nie odzwierciedlały ich niepokojów i obaw? Aby do zbadać, należy przeskoczyć ze świata snów, w dziedzinę statystyki.

Prawo wielkich cyfr

Przyjrzyjmy się bliżej liczbom, które wiążą się z rzekomo nadprzyrodzonymi doświadczeniami. Po pierwsze, wybierzmy jednego z Brytyjczyków i nazwijmy go Brian. Każdej nocy od 15 do 75 roku życia miewał on sny. 60 lat śnienia dało mu w sumie 21900 nocy. Przyjmijmy, że wydarzenie na skalę katastrofy w Aberfan zdarza się tylko raz na jedno pokolenie, w czasie jednego dnia. Załóżmy tez, że Brian zapamięta sen o tragedii tylko raz w życiu. Szanse na to, że wyśni on go na dzień przed tragedią wynoszą ok. 22000 do 1, więc nie dziwi, że jeśli komuś wydarzy się coś podobnego, będzie tym wielce zaskoczony.

Tu pojawia się jednak pewien problem, bowiem jeśli Brian stawia się tutaj w centrum zainteresowania, jest to nieco egoistyczna postawa. W latach 60-tych Wielką Brytanię zamieszkiwało ok. 45 milionów ludzi i coś podobnego mogło przydarzyć się każdemu. Ponieważ prawdopodobieństwo wyśnienia czegoś podobnego w przypadku jednostki oszacowane zostało na 22000:1, możemy założyć, że 1 osoba na każde 22000 doświadczy czegoś takiego raz w życiu.

Wszystko to wiąże się z tzw. Prawem wielkich liczb, które mówi, że niezwykłe wydarzenia zdarzają się wtedy, kiedy istnieje ku nim wiele możliwości. Jest to dokładnie tak, jak z większością loterii. Szanse, iż całą pulę zgarnie jedna osoba są jak milion do jednego, jednak i tak wiele ludzi przed każdym losowaniem zaopatruje się w los.

Poszukiwanie dowodów na
prekognicję to zadanie trudniejsze niż można sobie wyobrażać. Nasz przykład dotyczy jedynie ludzi śniących o tragedii w Aberfan, a przecież tragiczne zdarzenia, takie jak katastrofy samolotów, tsunami, zamachy, seryjni mordercy, trzęsienia ziemi, porwania, terroryzm itp. mają miejsce codziennie.

Naukowcy zajmujący się snami i statystyką sugerują, że
sny prekognicyjne wynikają z naszej selektywnej pamięci, niepokojów oraz prawa wielkich liczb. Oczywiście zawsze można się z tym spierać twierdząc, że choć wyjaśnienie to zdaje się mówić nam wiele o ich naturze, istnieją także przypadki, w których bardziej trafne wydają się być teorie parapsychologiczne. Z ich weryfikacją wiążą się jednak spore problemy. Proszenie ludzi o nadsyłanie treści snów tuż po wielkiej tragedii nie jest zbyt dobre, ponieważ może dojść tu do pewnych nadużyć, a oni sami zgłoszą zwyczajnie jeden sen, który im się zdarzył lub też wstrzelą się swą wizją o katastrofie w oczekiwany model. Nie da się także poprosić ludzi, aby wyśnili sen o zdarzeniu, którego przewidzieć się nie da. Otrzymujemy za to zapisy o „proroctwach” dotyczące zdarzeń, których nie da się przewidzieć i zaplanować. Zgodnie z prawem wielkich liczb, w tej nawale pojawi się część, która będzie mieć rys wiarygodności.

Zniknięcie małego Lindbergha
Charles Lindbergh (1902-74) 
W 1927 r. 25-letni pilot American Air Mail, Charles Lindbergh zyskał międzynarodową sławę dzięki pierwszemu przelotowi przez Atlantyk bez międzylądowania. 2 lata później poślubił on Anne Spencer Morrow, z którą pobił kilka kolejnych lotniczych rekordów (np. przelatując z Afryki do Ameryki Południowej czy eksplorując polarne drogi powietrzne z Azji do Ameryki Północnej), przez co małżeństwo zaczęło przyciągać sporą uwagę. W 1930 r. na świat przyszedł pierwszy syn Lindberghów, Charles Junior, a rodzina przeprowadziła się do dużego domu w Hopewell w stanie New Jersey.

Jednak 1 marca 1932 r. ich świat zmienił się na zawsze. Około godziny 22, opiekunka poinformowała Charlesa Seniora, że dziecko zostało porwane i zażądano za nie 50 tys. dolarów okupu. Lindbergh szybko chwycił za broń i zaczął przeczesywać posesję. Wkrótce odkrył drabinę, po której ktoś dostał się do okna dziecięcego pokoju. Wezwano policję, a sprawę przejął płk Norman Schwarzkopf, który zorganizował szeroko zakrojoną akcję poszukiwawczą.

Kilka dni po tym, jak nagłośniono historię o porwaniu, psycholog z Harvardu, Henry Murray, zdecydował się zorganizować eksperyment związany z proroczymi snami. Przekonał on jedną z ogólnokrajowych gazet, aby wystosowała do czytelników prośbę o jakiekolwiek wskazówki dotyczące tego przypadku, które mogły pojawić się w ich snach. Słowo o eksperymencie Murray’a przechodziło z ust do ust i ostatecznie otrzymał on ponad 1300 odpowiedzi. Z ich oceną musiał jednak poczekać dwa lata, aż cała sprawa została rozwiązana.

W ciągu kilku dni od porwania, Lindbergh publicznie zaapelował do kidnaperów o rozpoczęcie negocjacji, jednak nie doczekał się odpowiedzi. Kiedy jednak emerytowany nauczyciel John Condon zaoferował się w prasie jako łącznik i dołożył do okupu 1000 dolarów, otrzymał serię listów od rzekomych porywaczy. 2 kwietnia jeden z nich miał spotkać się z nim na cmentarzu na Bronxie i otrzymać 50 tys. dolarów w certyfikatach złota w zamian za informacje o dziecku. Dzięki temu uzyskał informację, że dziecko znajduje się na łodzi u wybrzeży Massachusetts, jednak Lindbergh nie mógł jej znaleźć.

12 maja 1932 r. pewien kierowca ciężarówki zatrzymał się w pobliżu domu Lindbergha i udał się do lasku za potrzebą. Tam natknął się na płytki grób, w którym spoczywało ciało Charlesa Juniora. Jego czaszka nosiła ślady pęknięcia, brakowało mu też lewej nogi i obu rąk. Patolog określił, że mały Lindbergh nie żył od dwóch miesięcy a przyczyną śmierci był cios zadany w głowę.

Policja starała się rozwiązać tą zagadkę przez ponad 2 lata. We wrześniu 1934 r. jeden z pracowników stacji benzynowej zwrócił uwagę na podejrzanego klienta, który zapłacił za paliwo dziesięciodolarowym certyfikatem złota. Pracownik zanotował jego numery rejestracyjne. Wkrótce okazało się, że to nielegalny imigrant z Niemiec, drwal Bruno Richard Hauptmann. Po rewizji w jego domu policja odnalazła tysiące dolarów przekazanych przez Lindbergha jako okup. Mężczyznę aresztowano i po procesie skazano na śmierć.
List gończy po porwaniu Charlesa Lindbrgha Juniora
Sprawa została zamknięta, więc Murray mógł działać. Przebadał swą kolekcję rzekomych wizji proroczych, szukając w nich trzech typów informacji, które mogły wspomóc policyjne dochodzenie. Wśród wyodrębnionych elementów znajdował się fakt, że dziecko nie żyło, że zostało pochowane i że jego grób znajdował się w pobliżu lasku. Tylko 5 procent nadesłanych snów wskazywało, że mały Lindbergh nie żyje a jedynie 4 z 1300 relacji mówiły o jego grobie w pobliżu lasu. Nikt ponadto nie wspominał o okupie i innych podobnych sprawach przejawiających się w procesie. Murray doszedł do wniosku, że jego odkrycia nie pozwalają na łączenie ze sobą przyszłych wydarzeń z treścią marzeń sennych.

Od tysięcy lat ludzie uważali, że w snach dostarczane są im ulotne wskazówki dotyczące tego, co ma nastąpić. Nauka dostarcza nam jednak wyjaśnień na temat mechanizmu powstawania tych proroctw. Jak się okazuje, śni nam się znacznie więcej, niż przypuszczamy, a pamiętamy tylko te sny, które zdają się spełniać nasze oczekiwania. Wiele z pozostałych oscyluje wokół tematów, które wiążą się z naszymi obawami, przez co łatwiej połączyć je z tym, co ma nas czekać. Każdej nocy ludzkość śni miliardy różnych snów, a w tej masie zawsze znajdzie się jakiś, który może pasować do przyszłych wydarzeń.

Tajemnicze zaginiecia w Trojkacie Vermocnkim

Słynny Trójkąt bermudzki ma swego niewielkiego i mało znanego brata położonego w Górach Zielonych w amerykańskim stanie Vermont. Na przestrzeni 5 lat pod koniec pierwszej połowy ub. wieku zaginęło tam bez wieści 9 osób. Większości tych przypadków nigdy nie udało się wyjaśnić i często dochodziło do nich w bardzo dziwnych okolicznościach. Według relacji, ludzie ci przepadali w biały dzień, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów mimo, iż za każdym razem organizowano zakrojone na szeroką skalę akcje poszukiwawcze. Po kilku latach „Trójkąt”, nie wiadomo czemu, przestał pochłaniać ofiary…____________________INFRA

Historia „Trójkąta beningtońskiego” leżącego w amerykańskim stanie Vermont jest u nas dość mało znana, głównie dlatego, że seria tajemniczych wydarzeń, dzięki którym stał się on czarnym punktem na mapie amerykańskich legend wydarzyła się tam blisko 70 lat temu. Niektóre tajemnice nie ulegają jednak przedawnieniu i los 9 zaginionych osób, które przepadły bez wieści w pobliżu Góry Glastenbury do dziś pozostaje niejasny.

Obszar przeklętego „Trójkąta” nie jest dokładnie wyznaczony. Wskazuje się, że jego centrum stanowi wspomniana Góra Glastenbury leżąca w paśmie Gór Zielonych, a obszar anomalnej strefy rozciąga się na przyległe do niej miejscowości, takie jak Bennington (od którego bierze strefa swą nazwę), Woodford, Shaftsbury oraz Somerset. Jedną z osób, które przyłożyły się do powstania legendy o Trójkącie (i jednocześnie twórcą tej nazwy) był amerykański pisarz Joseph A. Citro, który opisał wydarzenia z tego rejonu w swych książkach zawierających amerykańskie „spook stories”. Jak twierdził, okolica ta, pełna sterczących skał i mrocznych miejsc, złą opinią cieszyła się już u Indian, którzy omijali ją wierząc, iż jest przeklęta. Równie mało szczęścia przyniosła kolonistom, którzy osiedlili się w pobliżu Glastenbury i choć Citro nie podaje szczegółów twierdzi, iż szerzyła się wśród nich zaraza, szaleństwo i wszelkie inne nieszczęścia. Dopełnieniem tego miała być legenda o potworze z Bennington - jednym z wielu wcieleń słynnego w Stanach Zjednoczonych małpoluda.
Widok na Górę Glastenbury
Trójkąt beningtoński znany jest jednak głownie z przypadków tajemniczych zaginięć, które rozpoczęły się pod koniec 1945 r. a ich seria trwała przez kilka kolejnych lat. Zaginionych nigdy nie odnaleziono, mimo wytężonych wysiłków i szeroko zakrojonych poszukiwań. Pierwszą z ofiar był Middie Rivers - miejscowy przewodnik świetnie orientujący się w terenie. 12 listopada 1945 r., 74-latek udał się na wyprawę z czterema wędkarzami. W czasie powrotu do obozu leżącego między Long Trail Road a Route 9, Rivers wyprzedził ich o kawałek i... zniknął. Ochotnicy i policja zorganizowali bezskuteczne poszukiwania, które w sumie trwały przez miesiąc. Wierzono początkowo, iż Rivers, jako doświadczony myśliwy poradzi sobie w lesie, jednakże nigdy go nie odnaleziono. Jedynym pozostałym po nim śladem był znaleziony w potoku nabój, który mógł zgubić, schylając się po wodę.

Kolejną z ofiar była 18-letnia Paula Welden - doświadczona wspinaczka znająca dobrze okolicę, która zniknęła 1 grudnia 1946 roku. Kilkoro osób widziało ją po raz ostatni przy drodze na szlak. O jej zaginięciu powiadomiono miejscowe biuro szeryfa. Zorganizowane poszukiwania z udziałem pół tysiąca ochotników, wsparcia FBI a nawet wyznaczenia nagrody za jej znalezienie nie przyniosły rezultatów, choć z drugiej strony były krytykowane przez krewnych zaginionej jako zbyt opieszałe. Poszukiwania z wykorzystaniem psów tropiących i helikopterów zakończono 22 grudnia, nie znajdując żadnych śladów. Mężczyzna, który widział Paulę po raz ostatni i był jednym z głównych podejrzanych o jej uprowadzenie twierdził nawet, że zna miejsca, gdzie pochowano zaginioną. Policji jednak nie udało się odkryć tam żadnych szczątków.
Fragment ogłoszenia o zaginięciu Pauli Welden
Równe trzy lata po zaginięciu Pauli Welden, w okolicy Trójkąta zniknął James E. Tetford. Jego przypadek owiany jest całkowitą tajemnicą. Według relacji jego krewnych, których odwiedzał, wszedł on do autobusu, który miał odwieźć go do domu dla weteranów w Bennington, jednak nigdy do niego nie dotarł. Pasażerowie potwierdzili jego obecność w pojeździe na ostatnim przystanku przed miastem, jednak tu urywają się wszelkie ślady.

12 października 1950 roku w dziwny sposób zaginął 8-letni Paul Jepson, który w niewyjaśnionych okolicznościach zniknął z siedzenia samochodu. Według relacji, matka zostawiła go w nim tylko na chwilę. Poszukiwania rozpoczęto od wysypiska, na którym pracowali rodzice chłopca. Przeczesano także góry, wykorzystując do tego samoloty. Psy tropiące wskazały, że ślad po Paulu urywał się na przecięciu ulic East oraz Chanel, na zachód od Góry Glastenbury. Już wówczas miejscowi reporterzy zaczęli węszyć sensację twierdząc, że zaginięcia w rejonie układały się w pewien schemat. Nikt nie przypuszczał, że tuż po zniknięciu małego Jepsona dojdzie do kolejnego dziwacznego incydentu.

Dwa tygodnie później w góry wraz ze swym kuzynem wybrała się dobrze znająca okolicę 53-letnia Freida Langer. Wyruszyła z obozu położonego na stoku Góry Glastenbury i skierowała w stronę zbiornika wodnego w Somerset. W niedużej odległości od obozu, kobieta potknęła się i wpadła do potoku. Swemu kuzynowi zakomunikowała, iż zamierza wrócić do obozu i zmienić zmoczone ubranie. Mężczyzna zaniepokojony jej długą nieobecnością, udał się w jej poszukiwanie, jednak jak stwierdził, Langer nigdy nie dotarła do obozowiska. Kolejne zaginięcie w okolicy zmusiło do reakcji stanowe służby bezpieczeństwa. Kierujący nimi gen. Meritt Edson wydał rozkaz rozpoczęcia drugiej tury poszukiwań zlecając odnalezienie kobiety za wszelką cenę. W akcję włączono także helikoptery i samoloty, jednak nie przyniosło to większego skutku. Ostatni etap poszukiwań rozpoczęto 11 listopada, wysyłając w lasy ponad 300 osób. Rezultaty były takie same, jak w poprzednio. Co ciekawe, ciało kobiety odnaleziono w maju następnego roku na otwartej polanie w pobliżu tamy w Somerset, gdzie nie mogłyby przeoczyć jej ekipy poszukiwawcze. Przyczyn śmierci nie udało się ustalić, gdyż zwłoki znajdowały się w stadium poważnego rozkładu.
Wycinek z artykułu poświęconego zaginięciu Paula Jepsona, w którym mowa o zakończonych fiaskiem poszukiwaniach z udzialem samolotów należących do Straży Przybrzeżnej. Poniżej znajduje się wzmianka, iż 8-latek był 3 osobą, która zaginęła w okolicy w czasie ostatnich 5 lat.
Joseph Citro wskazywał, że dziennikarze, którzy podchwycili temat, łączyli z okolicą Glastenbury zaginięcia, które w rzeczywistości nie miały z nią nic wspólnego (jak przypadek M.J. Jones, która w rzeczywistości nie zaginęła lub F.Christman, która zniknęła, ale w okolicy oddalonej od trójkąta o wiele dziesiątków kilometrów). O innych, choć znacznie mniej znanych wydarzeniach z pobliża Góry Glastenbury wspomniała dziennikarka Sally Jacobs z Burlington Free Press, która twierdziła, że w 1948 r. w dziwnych okolicznościach zaginęła grupa trzech myśliwych. Citro do tej grupy dodał także mało znany przypadek zaginięcia chłopca z 1942 r. W sumie było to zatem od 5 do 9 zaginięć, które rozegrały się na przestrzeni 5 lat i koncentrowały mniej więcej na tym samym obszarze - między przecięciem szlagu Long Trail z drogą nr 9 a szczytem góry Glastenbury. Ofiary liczyły od 8 do prawie 75 lat i poza przypadkiem Freidy Langer nie udało się znaleźć ich ciał. Okoliczności ich śmierci sprawiły, że zaczęto snuć przypuszczenia odnośnie możliwych winowajcy, tym bardziej, że po 1950 r. wydarzenia te ustały. Zauważono na przykład, że do zaginięć dochodziło jedynie podczas trzech ostatnich miesięcy w roku, przez co ewentualny morderca mógł odwiedzać tę okolicę w sezonie łowieckim. Hipotetyczny przestępca, którego nigdy nie ujęto, nazwany został nawet przez prasę „Rozpruwaczem z Beninngton” i choć próbowano odgadnąć jego umysł, nie udało się trafić na jego ślad i nie udowodniono, aby zaginieni padli ofiarą morderstw. Zaginięcia w Trójkącie benningtońskim próbowano wyjaśnić także na wiele innych sposobów. Sugerowano, iż odpowiadać mogą za nie dzikie zwierzęta czy też zwyczajne wypadki, podczas których ofiary wpadały do zarośniętych starych studni.
Kolejny fragment z lokalnej prasy dotyczący nieudanych poszukiwań pani Langer w pobliżu zalewu w Somerset.
Najważniejsze i najbardziej intrygujące było to, że po 5 latach dziwne zdarzenia ustały, a ponieważ brak było winnych wśród żywych, postanowiono zwrócić uwagę na mniej prozaiczne wyjaśnienia związane ze złą sławą, którą cieszyła się ta okolica. I tak na pierwszy ogień postawiono teorię o domniemanym potworze czy nawet wejściu do innego wymiaru, które miało znajdować się gdzieś w okolicy feralnej góry. Kiedy coraz głośniej zaczęto mówić o fenomenie UFO i problemie uprowadzeń dokonywanych przez jego pasażerów, przypomniano sobie dziwne historie z okolic Bennington, którego niezidentyfikowane obiekty nie omijały. W 1966 r. niejaki Robert Martin zaobserwował tam obiekt przypominający wielki i zmieniający kolory „kocioł”. Na przestrzeni kilku lat obserwowano w mieście także obiekt opisywany jako „latający silos”. Nie pojawiły się jednak żadne przesłanki, aby obserwacje UFO łączyć z przypadkami zaginięć, może poza historiami o „dziwnych światłach” z miejscowych legend. W latach 40-tych nie próbowano jeszcze łączyć wszystkich niezwykłych zdarzeń z kosmitami.

Gdyby zebrać wszystkie dziwne historie z dowolnego miejsca na ziemi, każde z łatwością przekształcić można w strefę anomalną – pełną dziwnych zjawisk, w których dopatrzeć można się nawet pewnej regularności. Trójkąt benningtoński, choć „przestał istnieć” ok. 1950 nadal zawiera w sobie zagadkę związaną z historiami ludzi, po których nie został żaden ślad. Dziś okolice góry Glastonbury opustoszały. Ludne niegdyś miasto o tej samej nazwie leżące u jej podnóża według spisu z 2000 r. liczyło sobie jedynie kilkunastu mieszkańców (ponoć członków jednej rodziny). Przyczyną tego nie były jednak zjawiska nadprzyrodzone, lecz wycięcie większości drzew w okolicy. Drwale i węgielnicy, którzy stanowili większość mieszkańców Glastenbury i Somerset, wyjechali pozostawiając po sobie „miasta duchów”, dziś nie uwzględniane na mapach i nie posiadające samorządu i lokalnych instytucji. Dzięki próbom stworzenia w tym rejonie przemysłu turystycznego, dziwne opowieści pozostały jedną z lokalnych atrakcji. Dobrze, że przypomnieli je autorzy zbierający podobne historię, bo niedługo w Glastenbury i Somerset nie będzie nikogo, kto mógłby je powtarzać…